Rozdział 2
Adam odebrał od razu. Nie powiedział „halo". Przyłożył telefon do ucha i usłyszał tylko szum. Cichy. Mokry. Ktoś stał bardzo blisko rzeki albo bardzo blisko śmierci.
— Mów — rzucił.
Przez sekundę nic.
Potem krótki trzask — telefon ocierał się o materiał. Oddech. Płytki. Urwany. Zaraz po nim głuchy stuk, który zabrzmiał tak, jak brzmią rzeczy wypuszczone z dłoni bez planu, ale nie bez powodu.
Połączenie się nie rozłączyło. Szum trwał.
Adam odsunął telefon od ucha i spojrzał na ekran. Numer dalej ukryty. Czas rozmowy szedł. Ktoś był po drugiej stronie. Albo był tam jeszcze przed chwilą.
Podniósł wzrok.
Kilka metrów dalej, przy pasie trawy oddzielającej ścieżkę od skarpy, coś leżało zbyt nieruchomo. Najpierw wyglądało jak porzucony płaszcz. Ciemna plama w mgle. Potem mgła drgnęła, przesunęła się o pół tonu i plama nabrała kształtu. Noga. Ramię. Głowa odchylona pod złym kątem.
Adam ruszył od razu, ale bez biegu. Bieg zostawia w człowieku za dużo przyznania się. Telefon trzymał przy udzie. Połączenie rozłączyło się samo po kilku krokach. Ekran zgasł.
Bulwar był pusty na tyle, żeby to zauważyć. Pusty nie znaczył bezpieczny. Mgła szła od rzeki nisko, brudna i gęsta. Nie spadała. Wpełzała. Odcinała ławki, poręcze, dalszy fragment ścieżki. Wisła poniżej wyglądała jak pas płynnego ołowiu. Bez połysku. Bez ruchu prócz prądu.
Kiedy zszedł z betonu na trawę, but zapadł się lekko w rozmiękłą ziemię. Sylwetka przed nim przestała udawać cokolwiek innego niż ciało.
Mężczyzna leżał półbokiem, z prawą ręką wyciągniętą od tułowia pod nienaturalnie równym kątem. W dłoni tkwił pistolet. Nie luźno, nie kurczowo — po prostu tkwił, rekwizyt wsunięty tam po ustawieniu sceny. Głowa odchylona, twarz mokra od mżawki, ale skóra miała ten matowy odcień, którego nie dawał deszcz. Koszula pod rozpiętym płaszczem była droga. Buty czyste, za czyste jak na leżenie w błocie. Jedna nogawka lekko podciągnięta.
Adam zatrzymał się na wyciągnięcie ramienia od ciała. Spojrzał na twarz.
Znał ją.
Nie osobiście. Z korytarzy. Ze zdjęć prasowych przy ministrze, zwykle dwa kroki za plecami ważniejszych ludzi. Młody, za gładki, za spięty, żeby wyglądać na kogoś, kto już wie, ile kosztuje każda przysługa. Kamil Nowak. Asystent ministra infrastruktury. Jeden z tych chłopaków, którzy nosili teczki, pamiętali nazwiska i wierzyli, że jeszcze da się iść w górę bez taplania się po szyję.
— No pięknie — mruknął Adam.
Przykucnął niżej, nie dotykając jeszcze niczego. Najpierw patrzył.
Rana była przy skroni. Mała. Zbyt mała, jeśli broń miała zrobić to, co rzekomo zrobiła. Na skórze i włosach było trochę krwi, ale nie tyle, ile powinno rozlać się przy strzale z bliska. Trawa pod głową była ciemna od wody, nie od czerwieni. Nie było rozbryzgu na szeroki łuk. Nie było ciężkiego, brudnego śladu, który pamiętał z innych miejsc i innych poranków.
Dłoń z pistoletem też nie grała. Palce zaciśnięte w sposób martwy, ale nie powykręcany. Kciuk za równo. Nadgarstek spokojny — ktoś ułożył go po zrobieniu zdjęcia próbnego i uznał, że tak będzie czytelniej. Przy prawdziwym samobójstwie ciało zostawiało po sobie chaos. Skurcz. Upadek. Broń wypadała, odskakiwała, obracała się w błocie. Tutaj wszystko wyglądało tak, jakby śmierć przyszła z instrukcją obsługi.
Adam przesunął wzrok po marynarce. Klapy nieprzemoczone do końca. Guzik zapięty krzywo. Kołnierzyk podciągnięty. Na twarzy Kamila nie było bałaganu, który zostawia panika tuż przed końcem. Bardziej zdziwienie. Albo nic. To też bywało znaczące.
Spojrzał na rękę bez broni. Leżała przy tułowiu. Paznokcie czyste. Na mankiecie ledwie widoczna smuga — ktoś chwycił go w pośpiechu albo przeciągnął po materiale mokrymi palcami. Adam pochylił się odrobinę. Wyczuł metaliczny zapach, ale słaby. Deszcz już robił swoje. Spłukiwał. Rozmywał. Sprzątał po cudzej robocie.
Samobójca nie wybierał takiego miejsca, jeśli chciał zniknąć. Za dużo betonu. Za dużo kamer. Za mało prywatności. Chyba że ktoś chciał, żeby go znaleziono szybko. Albo żeby znalazł go konkretny człowiek.
Ta myśl zatrzymała się w nim na sekundę za długo.
Adam uniósł głowę i obejrzał bulwar. Lewo. Prawo. Schody. Poręcz. Zarys mostu. Mgła gęstniała. Jeszcze chwilę temu widział więcej. Teraz zniknęła ławka, potem kawałek ścieżki, potem nawet dalsze światło latarni zrobiło się rozlane i miękkie. Dźwięki też przygasły. Miasto zostało gdzieś za ścianą wilgoci.
Był sam z trupem. Albo miał tylko takie wrażenie, a to było gorsze.
Przez chwilę słuchał. Nie rzeki, nie syren z daleka. Tego bliższego. Kroku w trawie. Szelestu materiału. Cichego kliknięcia obiektywu. Nic.
Tylko mgła pracowała wokół miejsca zbrodni, odcinając je od reszty bulwaru tak dokładnie, jakby ktoś wcześniej zamówił pogodę.
Nie powinien go dotykać. To była pierwsza myśl. Druga była prostsza i przez to ważniejsza: jeśli ktoś wykonał całą tę robotę po to, żeby przyciągnąć właśnie jego, najlepsze odpowiedzi nie przyjadą z policją. Najlepsze odpowiedzi zaraz znikną.
Adam przykucnął niżej.
Dwoma palcami dotknął szyi Kamila. Skóra chłodna, ale nie lodowata. Pulsu nie było. Oczy półotwarte. W rzęsach wisiały drobne krople. Ktoś młody, dobrze ubrany, zbyt martwy na tę godzinę.
— Przepraszam — mruknął bez przekonania.
Nie robił tego dla zmarłego.
Najpierw marynarka. Lewa kieszeń zewnętrzna pusta. Prawa też. W wewnętrznej, pod materiałem, wyczuł twardy prostokąt. Wyjął go ostrożnie. Małe wodoodporne etui, przezroczyste na brzegach, zamknięte staranniej niż wszystko inne przy tym ciele. W środku pendrive. Czarny. Bez oznaczeń. Bez naklejki. Anonimowy jak broń z dobrym pochodzeniem.
Adam obrócił etui w palcach. Sucho w środku. Ktoś zadbał. Albo Kamil zadbał sam, zanim przestał decydować o czymkolwiek.
Wsunął etui do wewnętrznej kieszeni własnej kurtki.
Potem znowu spojrzał na ciało. Na nogawkę podciągniętą odrobinę wyżej. Coś mu zgrzytało. But. Nie sam model — ułożenie. Lewy leżał naturalnie. Prawy był niedbale wsunięty po fakcie. Adam przesunął palcami po cholewce. Wyczuł zgrubienie przy kostce, tam gdzie nic nie powinno odstawać.
Zaklął pod nosem.
Rozwiązał szybko mokrą sznurówkę, odchylił język buta i wsunął dwa palce głębiej. Papier. Złożony na płasko. Wyciągnął go ostrożnie, żeby nie rozerwać nasiąkniętych brzegów. To nie był zwykły świstek. Bilet kolejowy. Wydruk z kodem. Trasa: Warszawa–Berlin. Data wyjazdu: za siedem dni. Miejsce siedzące. Opłacony.
Nazwisko pasażera: Adam Borowski.
Przez moment tylko patrzył.
Mgła, rzeka, trup i ten cholerny papier w jego dłoni. Ucieczka? Plan B? Fałszywy trop? Gorsze było to, że bilet wyglądał legalnie. Nie prowizorka z bazaru. Prawdziwy druk. Prawdziwa rezerwacja. Ktoś wziął jego dane. Ktoś założył, że będzie musiał wyjechać. Albo że tak to będzie potem wyglądało.
Adam złożył bilet raz jeszcze i wsunął go głęboko do kieszeni spodni. Poczuł ciężar własnego nazwiska, jakby papier nagle ważył kilogram.
Wrócił do przeszukiwania.
Kieszenie spodni Kamila dały drobne. Portfel. Karty. Służbowa przepustka. Telefonu nie było. To akurat pasowało aż za dobrze. Ktoś zabierał telefon zawsze, kiedy nie chciał zostawić cudzego czasu, kontaktów i strachu do odczytu. W tylnej kieszeni znalazł pogniecioną kartkę, złożoną kilka razy. Rozwinął ją ostrożnie, osłaniając własnym ciałem.
Pismo było odręczne. Szybkie. Nerwowe. Trzy linijki:
Lista Beton — archiwum SB, lata 80., boom budowlany.
Nic więcej.
Żadnych nazwisk. Żadnego adresu. Przynęta albo klucz.
Adam poczuł znajome ukłucie w karku. Nie strach. Coś gorszego — rozpoznanie zapachu starej sprawy, która nie chce zostać stara.
Spojrzał na Kamila. Młody asystent ministra nie wyglądał na człowieka, który powinien nosić przy sobie takie hasła. Chyba że właśnie dlatego już niczego nie nosił poza kulą w głowie i źle ułożonym pistoletem.
Adam złożył kartkę i schował ją do drugiej kieszeni kurtki, osobno od pendrive'a. Sprawdził, czy materiał dobrze przylega. Nic nie odstawało.
Jeszcze raz przemknął wzrokiem po ciele. Portfel zostawił. Karty zostawił. Przepustkę też. Nie zabrał wszystkiego. Nie był amatorem. Zawsze najgorsze wyglądało albo zbyt schludnie, albo zbyt chciwie.
Na moment zawiesił wzrok na twarzy Kamila.
— Dlaczego moje nazwisko? — zapytał cicho.
Trup, jak większość urzędników po godzinach, nie odpowiedział.
Syreny odezwały się daleko, ale nie na tyle daleko, żeby je zlekceważyć. Jeden dźwięk. Potem drugi. Cięły wilgoć nad rzeką i z każdą sekundą brzmiały bliżej. Adam wstał od razu.
Kolana zaprotestowały chłodem od trawy. Wyprostował plecy, odsunął się od ciała o krok i spojrzał na dłonie. Czyste nie były. Mokre, przybrudzone ziemią. Starł je o uda spodni krótkimi ruchami, bez nerwowości. Potem poprawił kurtkę. Lewa kieszeń: kartka. Wewnętrzna: pendrive. Prawa kieszeń spodni: bilet. Wszystko siedziało tam, gdzie powinno.
Syreny rosły.
Adam podniósł wzrok w stronę mostu i wtedy go zobaczył.
Czarny SUV stał przy barierce, trochę z boku, jak auto kogoś, kto zatrzymał się tylko na moment. Przyciemniane szyby. Żadnego oznaczenia. Żadnego powodu, żeby tam stał o tej godzinie. Silnik musiał być zgaszony, bo nie słyszał pracy. Sam kształt wystarczył. Za ciężki, za drogi i za nieruchomy na zwykły przypadek.
Adam nie wpatrywał się długo. Tego też się człowiek uczył. Spojrzenie przyklejone do zagrożenia to forma przedstawienia się. Przesunął wzrok dalej, jakby oceniał po prostu ruch uliczny ponad bulwarami. Mgła robiła z mostu rozmytą linię, ale auto było ciemną, pewną bryłą. Czuł na sobie obserwację, choć nie widział twarzy. To uczucie miało swoją wagę. Zwykle nie myliło się całkiem.
Potem zobaczył kamerę.
Latarnia stała kilka metrów od ścieżki, nowa, wysoka, z obudową monitoringu zamocowaną pod kątem. Obiektyw patrzył dokładnie tam, gdzie kończył się beton i zaczynała trawa z ciałem. Nie na rzekę. Nie na ciąg spacerowy. Właśnie tam. Stożek widzenia Adam prawie widział w głowie jak kredową linię. On przy trupie. On klękający. On wstający. On sam.
— Oczywiście — powiedział pod nosem.
Ładnie to zrobili.
Telefon. Trup. Mgła. Kamera. Samochód na moście. A teraz syreny, które przyjeżdżały szybciej, niż powinny, jeśli ktoś przypadkowy dopiero miał zadzwonić. To znaczyło jedno z dwóch. Albo patrol był już w drodze, zanim dotknął ciała, albo ktoś zadbał, żeby policyjny czas płynął dziś wyjątkowo sprawnie. W obu wersjach nie był widzem. Był elementem układu.
Opcje skurczyły się do dwóch.
Pierwsza: odejść teraz. Szybko, zanim pierwszy radiowóz zjedzie na bulwary. Minus był prosty. Kamera miała jego twarz, sylwetkę, ruch przy ciele. SUV prawdopodobnie też. Ucieczka zrobiłaby z niego nie świadka, tylko faceta z powodem. A ludzie z powodami źle wyglądają w papierach, nawet kiedy mówią prawdę. Zwłaszcza kiedy mówią prawdę.
Druga: zostać. Cofnąć się na beton. Ustawić oddech. Zadzwonić albo udawać, że właśnie miał zadzwonić. Powiedzieć, że znalazł ciało podczas spaceru. Spacer o tej godzinie był idiotyczny, ale nie karalny. Dałoby się go sprzedać. Może nie każdemu. Może nie od razu. Ale dawał czas. A czas był walutą lepszą niż niewinność.
W głowie odezwał się ten sam praktyczny głos co wcześniej. Jeśli uciekasz z cudzego teatru, akceptujesz swoją rolę. Jeśli zostajesz, jeszcze możesz negocjować tekst.
Adam cofnął się na ścieżkę. Nie za szybko. Nie za wolno. Stanął dwa kroki od trawy, tak żeby ciało było za nim i z boku, a nie pod butami. Wyjął telefon, odblokował ekran, spojrzał na niego, jakby właśnie chciał dzwonić pod sto dwanaście. Potem zawahał się specjalnie. Schował go z powrotem. Niech to wygląda na człowieka, który przez sekundę nie wie, jak opowiedzieć śmierć.
Syreny były już blisko. Odbijały się od betonu, od wody, od pustych schodów.
Na moście czarny SUV ożył. Światła zapaliły się matowo przez mgłę. Silnik wszedł na niski pomruk.
Adam poczuł, jak kark mu się napina.
Samochód jednak nie ruszył.
Stał dalej. Na zapalonym silniku. Drapieżnik, który podniósł łeb tylko po to, by upewnić się, że ofiara została tam, gdzie trzeba.
Pierwszy radiowóz zjechał na bulwary tak, jakby od początku wiedział, gdzie jedzie. Niebieskie światła rozmazały się na mokrym betonie. Drugi zatrzymał się zaraz za nim. Adam policzył czas od syren do hamulców i nie podobał mu się wynik.
Drzwi otworzyły się niemal jednocześnie. Dwóch mundurowych wysiadło od strony ścieżki, trzeci ruszył od razu ku trawie. Krótkie komendy. Ostry gest ręki. Jeden spojrzał na Adama, drugi już na ciało. Nie było chaosu. Nie było rozespania. Ktoś ich przygotował. Może tylko adresem. Może czymś więcej.
Adam uniósł lekko dłonie, puste, pokazując je na wysokości pasa.
— Znalazłem go przed chwilą — powiedział.
Mundurowy skinął krótko, ale nic nie odpowiedział. Już przez radio leciały suche meldunki. Miejsce zabezpieczyć. Karetka potwierdzona. Technik w drodze. Jedno z tych zdarzeń, które w teorii zaczynają się od przypadku, a w praktyce od telefonu z właściwego gabinetu.
Potem zobaczył ją.
Wyszła z nieoznakowanego auta, które zatrzymało się odrobinę dalej, i od razu było jasne, że nie przyjechała tu podpisywać papierów. Czarny płaszcz zapięty wysoko. Ruchy zwarte, bez zbędnego oglądania terenu. Włosy ściągnięte ciasno przy karku. Twarz surowa od zimna i braku cierpliwości. Komisarz Maria Zaleska.
Adam znał ją z widzenia lepiej, niż chciał. Zaleska miała opinię kobiety, która nie myli procedury z dekoracją. To rzadkie samo w sobie. Jeszcze rzadsze było to, że ciągle pracowała.
Przeszła przez beton, rzuciła szybkie spojrzenie na ciało, drugie na układ miejsca, trzecie prosto na niego. To trzecie zatrzymało się najdłużej.
— Borowski. Co za niespodzianka — powiedziała z lodowatym spokojem.
Nie spytała, co tu robił. Nie musiała. To brzmiało gorzej.
Adam wzruszył ramionami.
— Chciałbym powiedzieć, że też się cieszę.
Nie zareagowała. Minęła go o pół kroku, spojrzała na Kamila, na broń, na trawę wokół, na ślady butów. Potem znowu na Adama.
— Ty dzwoniłeś?
— Jeszcze nie zdążyłem. Zobaczyłem ciało. Potem usłyszałem syreny.
— Wygodne.
— Nie dla niego.
Jej wzrok nawet nie drgnął.
— Opowiedz.
Adam wsunął ręce do kieszeni, po czym od razu je wyjął. Zły ruch. Kieszenie miały dziś za dużo treści. Opuścił dłonie wzdłuż ciała.
— Przyszedłem się przejść. Zobaczyłem go przy ścieżce. Podszedłem. Tyle.
Jedna z brwi Zaleskiej uniosła się minimalnie.
— Przypadkiem na Bulwarach o szóstej rano? Przypadkiem przy ciele ministerialnego pracownika?
— Lubię wczesne spacery.
— Jasne.
Mówiła cicho. To było gorsze od podniesionego głosu. Przy niej człowiek miał wrażenie, że każda sylaba idzie do protokołu, nawet jeśli nic nie było zapisane.
— Rozpoznałeś go?
Adam zawahał się o pół bicia serca. Za mało, by to nazwać pauzą. Dość, by zauważyła.
— Kojarzę twarz. Ministerstwo.
— Kamil Nowak — powiedziała. — Asystent ministra infrastruktury.
Czyli wiedzieli od razu. Szybko. Za szybko.
— Ambitny chłopak — dodał Adam.
— Martwy chłopak.
— To też.
Zaleska zrobiła krok bliżej. Była wyższa, niż pamiętał z korytarzy. Albo może tylko tak działał jej sposób stania. Ramiona prosto. Głowa lekko pochylona. Waży nie słowa, tylko luki między nimi.
— Znamy twoją reputację, Borowski — powiedziała. — Ministerialny fixer. Rozwiązujesz problemy, które nie powinny istnieć.
Adam utrzymał twarz nieruchomo. Kamień był czasem najtańszą maską.
— Reputacja to po prostu plotka w lepszym garniturze.
— A ciała? — skinęła w stronę trawy. — Też znajdujesz z przyzwyczajenia?
— Warszawa bywa hojna.
Na moment spojrzała mu prosto w oczy. Bez mrugnięcia. Szare, twarde, zmęczone. Nie było w nich sympatii. Była robota.
— Dotykałeś go?
Pytanie przyszło równo. Bez zapowiedzi.
Adam wybrał półprawdę. Najbezpieczniejszą z brudnych walut.
— Sprawdziłem puls.
— Tylko?
Słowo zawisło między nimi jak cienki drut.
— Tylko.
Nie odpowiedziała od razu. Odwróciła głowę ku jednemu z techników, który właśnie schodził po skarpie w białym kombinezonie. Potem znów wróciła do Adama.
— Dostaliśmy zgłoszenie, zanim patrol był na miejscu. Anonimowe. Bardzo konkretne. Mężczyzna, broń, bulwary. I dziwnym trafem zastaliśmy tutaj ciebie.
— To miło, że przyszliście tak szybko.
— Nie próbuj być dowcipny.
— Nie próbuję.
W oddali, ponad ścianą mgły, czarny SUV dalej stał na moście. Adam nie patrzył w tamtą stronę, ale czuł jego obecność jak ciężar przy łopatkach.
Zaleska zauważyła chyba drobny ruch jego oczu, bo odwróciła się minimalnie, skanując otoczenie. Nic jednak nie powiedziała. Może jeszcze nie widziała auta. Może widziała i zapamiętała. Była z tych, którzy nie musieli komentować każdego szczegółu, żeby go mieć.
— Co robiłeś wcześniej?
— Spałem.
— A potem nagle zapragnąłeś spaceru w deszczu.
— Bywałem w gorszych miejscach o gorszych porach.
— Wierzę.
To „wierzę" zabrzmiało jak przeciwieństwo wiary.
Jeden z mundurowych podszedł do niej, szepnął coś cicho. Skinęła głową, nie odrywając wzroku od Adama. Potem sięgnęła do kieszeni płaszcza po mały notes. Nie ten służbowy. Mniejszy. Prywatny albo półprywatny. Zanotowała coś skrótami, których nie próbował nawet czytać.
— Nie wyjeżdżaj z miasta — powiedziała.
Było w tym tyle ironii, że przez sekundę niemal poczuł papier biletu przy skórze jak rozgrzane ostrze.
— Miałem taki plan?
— To nie pytanie.
— W takim razie postaram się spełnić oczekiwania.
Zamknęła notes.
— Zostaw kontakt. Ktoś spisze twoje zeznanie.
— Jasne.
— I jeszcze jedno, Borowski.
— Słucham.
— Jeśli kłamiesz, dowiem się szybko.
Adam spojrzał na nią spokojnie.
— W tym mieście szybkie bywają tylko pogrzeby i przecieki.
Kącik jej ust drgnął. Nie w uśmiechu. W czymś bliższym uznaniu, że ma do czynienia z człowiekiem, który za dobrze zna lokalny klimat.
— Zobaczymy — powiedziała.
Odwróciła się i ruszyła ku ciału. Już po dwóch krokach była kimś innym niż rozmówczynią. Znów komisarzem. Krótkie polecenia. Oględziny. Strefa. Broń zabezpieczyć po fotografii. Sprawdzić monitoring. To ostatnie usłyszał wyraźnie i poczuł, jak mięśnie karku jeszcze bardziej się spinają. Oczywiście monitoring. Oczywiście.
Stał, gdzie mu kazano, i nie ruszał się bez potrzeby. Mundurowy zapisał jego dane. Nazwisko. Numer. Adres. Wszystko zwykłe. Wszystko nagle brzmiące jak element cudzego projektu.
Telefon zawibrował w kieszeni kurtki.
Krótko. Raz.
Adam zamarł na ułamek sekundy, potem wyjął go ruchem możliwie naturalnym, odwracając ekran nieco od mundurowego. Nowa wiadomość. Numer zastrzeżony.
Teraz to masz. Przyjdą po ciebie następnego. Hotel Victoria. 1986.
Przeczytał raz. Potem drugi.
Hotel Victoria. Rok, nie numer pokoju. Stare miasto władzy. Czasy, kiedy SB jeszcze nie musiała udawać czegoś innego. Lista Beton. Archiwum. Kamil na trawie. Bilet do Berlina z jego nazwiskiem. Wszystko zaczęło układać się nie w odpowiedzi, tylko w kształt pułapki większej niż poranny trup nad rzeką.
Zimny dreszcz przeszedł mu od karku po kręgosłup. Cichy, rzeczowy, prawie zawodowy. Tak reaguje ciało, kiedy rozum dochodzi do wniosku, że właśnie przekroczono próg.
Podniósł wzrok znad ekranu.
Maria Zaleska stała nad ciałem Kamila Nowaka i wydawała kolejne polecenia. Na moście za mgłą czarny SUV nadal nie odjechał. Warszawa budziła się powoli, jakby nic się nie stało.
A ktoś właśnie dał Adamowi do zrozumienia, że to ciało było tylko zaproszeniem.