Lista Beton  ·  Warsaw Noir  ·  Thriller polityczny

Rozdział 1 z 21

Dariusz Budyta Spis treści

Rozdział 1

Deszcz nie padał. Tłukł w szybę jak komornik, który zna godziny domownika. Adam otworzył oczy i przez chwilę leżał nieruchomo, z twarzą wbitą w zmiętoloną poduszkę, słuchając tego rytmu. Szyba drżała przy mocniejszych uderzeniach. Stare uszczelki puszczały chłód. Pokój śmierdział wilgocią, wczorajszym alkoholem i kawą, której jeszcze nie było.

Usiadł powoli. Łóżko zaskrzypiało, protestując przeciw kolejnej dobie. Przetarł twarz obiema dłońmi. Skóra była szorstka. Pod palcami czuł kilkudniowy zarost i zmęczenie, którego nie dało się zmyć snem. W ustach miał sucho. Głowa pulsowała ciężko, nie dramatycznie, bardziej upierdliwie. Kara za pół butelki. A może za całą. Na podłodze, przy nodze materaca, leżało puste szkło po wódce. Odpowiedź stała pionowo i bez godności.

Mieszkanie było małe nawet jak na samotnego faceta, który traktował je jak przechowalnię. Materac. Biurko z laptopem. Aneks z ekspresem, który czasem działał od razu, a czasem wymagał kopnięcia w bok. Krzesło z pękniętym oparciem. Kurtka rzucona na parapet. Nic, czego nie można było stracić w pięć minut. Nic, czego ktoś przy zdrowych zmysłach by zazdrościł.

Podniósł wzrok na okno. Brudna szyba robiła z miasta akwarium pełne szarej wody. Po drugiej stronie ulicy prawie nie było widać fasady budynku. Zasłaniały ją plakaty wyborcze. Twarz Karola Sawickiego wisiała równo, wielka i pewna siebie. Uśmiech pod kontrolą. Broda pod kontrolą. Cały facet wyglądał tak, jakby nigdy nic nie rozlało mu się na koszulę i nigdy nikt nie rzucił mu prawdą w twarz. Pod spodem gruba czerwona czcionka krzyczała: CZAS NA ZMIANY.

Adam patrzył na to kilka sekund za długo.

— Jasne — mruknął do pustego pokoju.

Zmiany w Warszawie zwykle wyglądały tak samo. Nowy szyld. Nowy garnitur. Stare ręce pod stołem.

Telefon zawibrował na biurku.

Krótko. Twardo. Nie reklama, nie przypomnienie z banku. Sięgnął po niego, zanim jeszcze głowa nadrobiła ruch. Na ekranie: numer zastrzeżony. Żadnych połączeń. Tylko SMS.

Bulwary Wiślane. 1 godzina. Sprawa życia i śmierci.

Przeczytał raz. Potem drugi.

Nie było podpisu. Nie było prośby. Ktoś zakładał, że przyjdzie. Albo że przynajmniej potraktuje to poważnie. W jego robocie ludzie używali takich słów za często. „Pilne”. „Katastrofa”. „Ostatnia szansa”. „Życie i śmierć”. Najczęściej chodziło o długi, romans, kompromat albo kogoś, kto nagle odkrył, że prawo nie działa jak serial w telewizji.

Mimo to coś w tej wiadomości nie grało.

Za krótka. Za czysta. Bez paniki. Bez błędu. Rozkaz albo przynęta.

Odłożył telefon na biurko, ale nie usiadł. Stał nad nim, patrząc na wygasający ekran. Mógł to zignorować. Powinien to zignorować. Każdy normalny człowiek wywaliłby taki SMS do kosza i wrócił pod koc. Problem polegał na tym, że normalni ludzie rzadko płacili cudze długi, odbierali telefony o trzeciej w nocy i wiedzieli, ile kosztuje zniknięcie jednego podpisu z jednego papieru.

Telefon znów wziął do ręki. Sprawdził godzinę. Potem wiadomość. Potem numer. Jakby zastrzeżony numer mógł nagle przestać być zastrzeżony, jeśli tylko patrzy się dostatecznie długo.

Ruszył do łazienki.

Kafelki były zimne. Lustro nad umywalką popękane przy rogu. Odkręcił wodę. Rura jęknęła. Najpierw poleciał brunatny ślad, potem zwykły strumień. Adam oparł dłonie o umywalkę i spojrzał na swoje odbicie. Podkrążone oczy. Blizna przy prawym łuku brwiowym bledsza niż reszta twarzy. Włosy za długie. Mina faceta, który dobrze wyglądał tylko z daleka i po zmroku.

Ściągnął koszulkę, wszedł pod prysznic. Woda była letnia przez pierwszą minutę, potem nagle zrobiła się gorąca. Stał pod nią dłużej, niż planował. Nie dla przyjemności. Dla ustawienia głowy. Liczył oddechy. Odtwarzał w pamięci ostatnie dni. Kto mógł pisać. Kto miał powód. Kto wiedział, że odpowie szybciej na groźbę niż na błaganie.

Lista była długa. Zbyt długa.

Wyszedł, wytarł się szorstkim ręcznikiem i wrócił do pokoju. Otworzył szufladę w biurku. Czarne dżinsy. Czyste, co w jego standardach oznaczało: bez świeżej plamy. Ciemna koszulka. Na to ciemna kurtka z kapturem, lekka, nieprzemakalna tylko w reklamie. Ubrał się szybko, ale nie nerwowo. Każdy ruch miał swoje miejsce. Portfel do lewej kieszeni. Klucze do prawej. Telefon do wewnętrznej kieszeni kurtki. Potem zmiana. Telefon jednak do dłoni. Lepiej czuć wibrację od razu.

Podszedł do aneksu. Ekspres zacharczał przy włączeniu. Sypnął kawy, nalał wody, nacisnął przycisk. Maszyna zabuczała jak obrażony lokator. Kiedy czarny strumień spłynął do kubka, oparł się biodrem o blat i znowu spojrzał w okno. Sawicki dalej wisiał naprzeciwko. Nieruchomy. Pewny. Nienaruszony przez deszcz, który zjadał resztę miasta.

Adam wypił łyk. Za gorąca. Dobra.

Bulwary Wiślane. 1 godzina. Sprawa życia i śmierci.

W głowie od razu odezwał się stary, praktyczny głos. To pułapka. Drugi odpowiedział szybciej. Wszystko jest pułapką. Różnica polega tylko na tym, kto trzyma sznurek.

Dopił kawę do końca. Wziął pusty kubek, odstawił go do zlewu. Spojrzał na butelkę po wódce i kopnął ją pod łóżko. Gest bez sensu. Bałagan nie znikał od kopnięcia. Zmieniał tylko adres.

Przed wyjściem obszedł wzrokiem mieszkanie. Krótki przegląd. Laptop zamknięty. Ładowarka schowana. Na blacie nic z nazwiskiem. Nic, co prosiłoby się o cudze ręce. Zamknął zamek w drzwiach, potem otworzył go jeszcze raz i wrócił po paczkę gum do żucia z parapetu. Na klatce schodowej czuć było kapustę od sąsiadki z dołu i stęchliznę, która żyła tam od dekad.

Telefon znowu sprawdził już na progu. Ta sama wiadomość. Nic więcej.

Wsunął go do kieszeni, naciągnął kaptur i zszedł na dół.

Nie dlatego, że wierzył w „sprawę życia i śmierci”.

Dlatego, że z doświadczenia wiedział, iż najgorsze rzeczy zaczynały się właśnie od zdań, które brzmiały zbyt tanio, żeby były prawdziwe.

Praga przyjęła go wodą pod butami i zimnem pod kurtką. Chodnik świecił od deszczu. Każda kałuża trzymała w sobie połamane światła i brud nieba. Adam szedł szybko, ale bez pośpiechu człowieka spanikowanego. W tym była różnica. Panika przyciąga wzrok. Spokój rozmywa twarz w tłumie, nawet jeśli tłum był dziś cienki i skulony pod parasolami.

Naciągnął kaptur niżej. Tramwaj przeciął skrzyżowanie z metalicznym jękiem. Autobus rozpruł kałużę przy krawężniku. Adam odbił pół kroku, nim brudna fala doleciała do jego nogawek. Tak samo omijał ludzi, rowery, psie smycze i martwe strefy pod kamerami. Miasto miało swój rytm. On znał go lepiej niż własny sen.

Minął obdrapaną bramę z wybitym domofonem, potem ślepą ścianę całą w starych warstwach farby i nowych obietnicach dewelopera. Za nią, w oddali, rosły już inne budynki. Gładkie. Przeszklone. Z balkonami, na których nikt nie wieszał prania. Warszawa od lat udawała przed sobą, że potrafi wymienić skórę bez ruszania kości. Na Pradze szczególnie dobrze było widać, gdzie kończy się reklama, a zaczyna grzyb na tynku.

Szyld „Sklep u Marka” wisiał lekko krzywo nad małym wejściem między zakładem dorabiania kluczy a punktem z tanimi akcesoriami do telefonów. Adam zwolnił, ledwie na sekundę, ale starszy mężczyzna już go zauważył. Stał we framudze z papierosem — od rana nie robił nic innego, tylko pilnował ulicy. Cienki dym ciął wilgotne powietrze.

Marek Zieliński był w starym płaszczu, zapiętym pod samą szyję. Siwe włosy zaczesane z uporem urzędnika, który nie przyjął do wiadomości, że czas wygrał. W oczach zero pośpiechu. Zero zdziwienia.

— Kawa? — rzucił.

Nie „dzień dobry”. Nie „dokąd tak rano”. Konkret.

Adam skinął głową i wszedł pod daszek. W środku pachniało fusami, mokrym kartonem i tytoniem przyniesionym z dworu. Na półkach stało wszystko i nic. Konserwy. Baterie. Gazety. Tanie ciastka. Rzeczy dla ludzi, którzy wpadają na chwilę i zostawiają pieniądze, bo muszą, nie dlatego, że chcą.

Marek odwrócił się bez słowa, nalał czarnej kawy do papierowego kubka, przykrył wieczkiem. Ruchy miał oszczędne. Pewne. Całe życie podawał ludziom coś, czego potrzebowali bardziej, niż wypadało przyznać.

— Dzięki, Marek.

Adam położył na ladzie drobne. Chwilę później dorzucił złotówkę. Nie z hojności. Z przyzwyczajenia. U tych, którzy mało mówią, opłacało się nie zalegać.

Starszy mężczyzna spojrzał na monetę, potem na niego.

— Znowu problem rozwiązujesz?

Adam uniósł kubek, dmuchnął na wieczko.

— Zawsze ktoś ma problem.

Marek parsknął cicho. Nie śmiechem. Uznaniem dla dobrze znanego mechanizmu.

— Najgorzej, jak myśli, że jest jedyny.

Adam nie odpowiedział od razu. Upił łyk. Gorzkie. Dobre. Prawdziwe.

— Jedyni zwykle leżą na cmentarzu albo w sondażach.

Na ułamek sekundy w oczach Marka błysnęło coś, co mogło być rozbawieniem albo ostrzeżeniem. Trudno było z nim rozróżnić. Stary archiwista z twarzą sklepikarza. Adam znał go na tyle, by nie zadawać pytań bez potrzeby. Marek lubił odpowiedzi, które przychodziły za późno i kosztowały więcej.

— Mokry dzień na spacery — powiedział starszy mężczyzna.

— To nie spacer.

— W Warszawie nic nie jest spacerem.

Adam wsunął wolną rękę do kieszeni kurtki. Telefon był tam, gdzie powinien. Chłodny. Cichy.

— Właśnie dlatego jeszcze stoję.

Marek skinął głową, jakby to zamykało temat. Może zamykało. Może odkładało go do właściwej szuflady w głowie.

Adam wyszedł spod daszku z kubkiem w dłoni. Deszcz osłabł, ale nie odpuścił. Teraz pracował drobniej, uparcie. Mijał kolejne witryny, aż zatrzymało go światło telewizorów ustawionych w rzędzie za szybą sklepu RTV. Na wszystkich ekranach ten sam kadr. Karol Sawicki na scenie. Marynarka sucha mimo pogody. Gest szeroki. Za plecami biało-czerwone barwy, przed nim tłum z chorągiewkami i otwartymi gębami.

— Oczyścimy warszawski układ! — grzmiał z głośników, choć przez szybę dźwięk docierał stłumiony.

Tłum wiwatował.

Adam prychnął.

W szybie zobaczył na moment własne odbicie na tle telewizorów. Ciemny kaptur. Zarośnięta twarz. Kubek z kawą. Facet, który stał po tej stronie szkła i nie wierzył ani w układ, ani w czyszczenie. Wierzył tylko w to, że kiedy polityk mówi „my”, rachunek zawsze płaci ktoś inny.

Ruszył dalej.

Ulica wykręcała między starymi kamienicami, których balkony pamiętały inne ustroje i lepsze tynki. Na parterach siedziały lombardy, punkty pożyczek i piekarnie z pieczywem tańszym po osiemnastej. Nad nimi wisiały nowe banery reklamujące lofty, inwestycje premium i życie nad Wisłą. Tylko kilka kilometrów stąd rosły już szklane ściany, w których odbijała się przyszłość sprzedawana na raty. Tutaj przyszłość zwykle przychodziła z opóźnieniem i inkasem.

Adam szedł pewnie, przecinając ulicę w miejscach, gdzie warto było, i czekając tam, gdzie głupota kosztowała zęby albo dokumenty. Nie oglądał się często. Wystarczały mu witryny, szyby samochodów, ciemne plamy w kałużach. Miasto mówiło do niego odbiciami.

Kiedy skręcił w stronę bloku Heleny, kawa była już do połowy wypita, a SMS dalej siedział w kieszeni jak gwóźdź.

Nie miał czasu na długie wizyty.

Ale matki nie odwiedzało się tylko wtedy, kiedy było na to wygodnie.

Blok stał tam jak wyrzut sumienia miasta. Szary, odrapany, mokry do samego dachu. Adam wszedł do środka i od razu poczuł znajomy chłód klatki, kurz i gotowaną kapustę, która od lat wygrywała tu z każdym odświeżaczem. Ściany były umazane przy poręczach. Skrzynki pocztowe miały warstwy farby — administracja wierzyła, że każda nowa warstwa załatwia problem starości.

Wszedł schodami. Winda znów nie działała albo działała dla naiwnych. Na półpiętrze minął okno z widokiem na podwórko, gdzie deszcz rozpuścił resztki kredy i papierków po tanich lodach. Trzecie piętro. Drzwi po lewej. Zanim nacisnął dzwonek, już wiedział, że matka jest w środku. Nie po intuicji. Po zapachu dymu papierosowego, który sączył się spod progu.

Zadzwonił raz.

W środku rozległ się krótki brzęk, potem szuranie kapci. Zamek puścił.

Helena Borowska otworzyła drzwi i od razu zmrużyła oczy — sprawdzała nie to, czy to syn, tylko w jakim jest stanie. Była mała, zgarbiona tylko trochę, bardziej od lat niż od słabości. Siwe włosy krótko obcięte. Na twarzy głębokie kreski, zwłaszcza przy oczach. Te oczy nadal działały jak dawniej. Łapały wszystko.

— Przemokłeś — powiedziała.

Nie „wejdź”. Nie „dzień dobry”. Najpierw diagnoza.

— Tylko trochę.

— Kłamiesz.

Odsunęła się. Wszedł.

Mieszkanie było ciepłe. Nie od kaloryferów, które pewnie ledwo zipały, tylko od gotowania i życia upchanego na kilku metrach. Pachniało kapustą, smażoną cebulą i papierosami wypalanymi przy uchylonym oknie. Na stole leżała cerata w drobny wzór. Na parapecie stały doniczki, uporządkowane jak żołnierze. W przedpokoju wisiał jego stary szalik, który zostawił tu chyba dwa lata temu. Helena niczego nie wyrzucała, jeśli mogło jeszcze wrócić do użycia. Może dlatego trzymała też wspomnienia.

Na ścianach wisiały zdjęcia rodzinne. Komunia Jakuba. Szkolne portrety. Jedno, większe, w ciemnej ramie, przedstawiało młodszą Helenę obok męża. Stała prosto, z tym samym twardym spojrzeniem. On patrzył w obiektyw jak człowiek, który już wtedy wiedział, że aparat nie pokazuje całości. Przed nimi dwaj chłopcy. Adam był tam jeszcze chudy i zły na sam fakt istnienia kołnierzyka. Jakub uśmiechał się szeroko. Jak zawsze wtedy. Zanim przyszły rachunki.

— Tylko na chwilę — powiedział Adam, zdejmując kaptur.

— Chwila też człowieka karmi. Siadaj.

— Nie, mamo.

— Zupa jest ciepła.

— Nie mogę.

Spojrzała na niego tak, jakby „nie mogę” było kolejną formą głupoty. Może było. W jej świecie człowiek jadł, kiedy miał okazję, i odpoczywał, kiedy dach jeszcze stał nad głową. Reszta była fanaberią.

— Kawę już piłeś — stwierdziła, patrząc na papierowy kubek.

— Połowę.

— To ci nie zastąpi jedzenia.

Adam wzruszył ramionami. Nie chciał się z nią o to przepychać. Nie po to przyszedł. A może właśnie po to też. Żeby przez minutę ktoś mówił do niego jak do syna, nie jak do narzędzia.

Zdjął kurtkę tylko z jednego ramienia, jakby sam sobie przypominał, że zaraz wyjdzie.

— Jakub dzwonił?

Pytanie zawisło między nimi ciężej niż para nad garnkiem.

Helena odwróciła wzrok w stronę kuchni. Sięgnęła po popielniczkę, choć papieros już dawno zgasł.

— Nie od tygodnia.

Adam skinął głową. Tego się spodziewał. I właśnie to go drażniło najbardziej.

— Pracuję nad tym — powiedział.

— Nad czym?

— Nad jego długami.

Teraz spojrzała z powrotem. Twarz jej stężała. Nie z zaskoczenia. Z irytacji, która wracała regularnie, odkąd młodszy syn nauczył się mylić urok osobisty z planem finansowym.

— Znowu?

— A kiedy było „ostatni raz”?

Nie odpowiedziała. Oboje znali odpowiedź. Nigdy.

Przeszła do kuchni i zdjęła pokrywkę z garnka, choć niczego nie nalewała. Para buchnęła w górę, zamgliła na moment szybę. Adam oparł się o framugę i patrzył na jej plecy. Małe. Napięte. Całe życie nosiły więcej, niż powinny.

— Nie uratujesz go za każdym razem — powiedziała w końcu.

— Wiem.

— Nie wiesz, skoro dalej to robisz.

— Robię, bo jak nie ja, to kto?

— On sam.

Adam prawie się uśmiechnął. Prawie.

— To dopiero byłaby nowa Warszawa.

Helena prychnęła cicho. Tyle dostał za żart.

— Nie mów mi o Warszawie. Warszawa zawsze bierze od swoich więcej.

To akurat była prawda. Jedna z tych, które brzmiały u niej jak przysłowie, choć pewnie urodziły się z rachunków, kolejek i pogrzebów.

Przesunęła wzrok po jego twarzy. Zatrzymała go dłużej niż zwykle.

— Coś się stało?

Adam chciał powiedzieć „nic”. Słowo miał już pod językiem. Łatwe. Gładkie. Zużyte. Ale matka miała ten irytujący dar widzenia dziur w zdaniach, zanim człowiek zdążył je zaszpachlować.

— Dostałem wiadomość. Mam spotkanie.

— Z kim?

— Gdybym wiedział, nie nazywałbym tego spotkaniem.

Zacisnęła usta.

— I dlatego przyszedłeś tu po drodze?

— Byłem blisko.

Kłamstwo małe, techniczne. Nie skomentowała go. Zamiast tego podeszła bliżej i poprawiła mu kołnierz kurtki, choć wcale tego nie potrzebował. Ten gest był starszy od ich sporów. Pamiętał go z podstawówki, z komisji wojskowej, z pierwszego pogrzebu w rodzinie.

— Uważaj na siebie, Adaś.

Dotknęła jego ramienia. Lekko. A jednak poczuł ten nacisk mocniej niż powinien.

— Pamiętaj, co się stało z ojcem. Zadał za dużo pytań.

Szczęka Adama stwardniała. Spojrzał na zdjęcie w ramie. Potem na nią.

— Mówisz to tak, jakby pytania go zabiły.

— A myślisz, że co?

— Myślę, że ludzie zawsze mają prostsze powody.

— Nie ci.

To „ci” padło cicho. Bez nazwisk. Bez wyjaśnień. Wystarczyło. U Heleny najgorsze rzeczy zawsze przychodziły bez imion — przez to były bliżej prawdy.

Adam wziął oddech, powoli. Nie chciał tej rozmowy teraz. Nie tutaj. Nie pod zdjęciem ojca i przy garnku, który pachniał dzieciństwem. Nie wtedy, gdy telefon w kieszeni ważył więcej niż portfel.

— Zadzwonię później — powiedział.

— Zadzwoń.

Nie „spróbuj”. Nie „jak będziesz mógł”. Prośba ubrana jak rozkaz, żeby łatwiej ją było znieść.

Pochylił się i pocałował ją w policzek. Skóra była ciepła, sucha, pachniała kremem i dymem. Helena położyła dłoń na jego karku na sekundę, może dwie. Potem puściła.

Odprowadziła go do drzwi. Nie zatrzymywała. Tego też się nauczyła. Synów nie zatrzymywało się w progu, jeśli chcieli iść w stronę kłopotów. Można było tylko patrzeć, czy wrócą.

Na klatce Adam obejrzał się raz. Stała jeszcze w drzwiach.

Kiedy schodził na dół, przez szybę między piętrami zobaczył jej sylwetkę przy oknie w mieszkaniu. Mała, nieruchoma, czarna na tle szarego dnia.

Patrzyła za nim tak, jak patrzy się za człowiekiem, który niby tylko wychodzi, ale może właśnie zniknąć w mieście na dobre.

Nad Wisłą powietrze było inne. Szersze, zimniejsze — rzeka brała cały brud miasta i oddawała go w postaci oddechu, którego nie dało się ogrzać. Adam zszedł w stronę bulwarów, mijając schody i barierki śliskie od mżawki. Deszcz już nie walił. Wisiał w powietrzu drobnym pyłem, który siadał na kurtce, włosach i rękach.

Bulwary wyglądały jak część Warszawy zaprojektowana dla zdjęć z drona i folderów inwestycyjnych. Betonowe ciągi. Stalowe poręcze. Szklane fasady lokali, które wieczorem miały udawać luz, a rano kredyt. Wszystko równe. Ustawione. Po jednej stronie rzeka. Po drugiej miasto, które od lat stroiło się w nowoczesność i dalej śmierdziało starym układem pod perfumą.

Adam szedł z rękami w kieszeniach, barki spięte. Każdy krok stawiał spokojnie, jakby przyszedł tu tylko przejść się nad wodą. W głowie liczył jednak rzeczy prostsze i ważniejsze. Wyjścia. Kamery. Martwe pola między latarniami. Miejsca, z których można obserwować, nie będąc widzianym. Nawyki były tańsze niż zaufanie i ratowały życie częściej.

Na bulwarach było niewiele osób. Zbyt mało, żeby się wtopić. Zbyt dużo, żeby łatwo wychwycić zagrożenie. Biegacz z psem, który ciągnął smycz i co chwilę zadzierał łeb w stronę rzeki. Para pod jednym parasolem, skupiona bardziej na sobie niż na drodze. Ktoś na ławce pod zadaszeniem, wzrok w telefon. Zwykły obrazek. Właśnie to było najgorsze. Zasadzki najlepiej wyglądają jak codzienność.

Adam dotarł do miejsca, które uznał za dość dokładne. Otwarta przestrzeń, kilka latarni, zejście na niższy poziom, schody niedaleko. Zatrzymał się i wyjął telefon.

Brak nowych wiadomości.

Na ekranie dalej tkwił ten sam tekst. Zastrzeżony numer. Bulwary Wiślane. 1 godzina. Sprawa życia i śmierci.

Schował telefon, wyjął go po dziesięciu sekundach i sprawdził ponownie. Nic.

Latarnie zaczęły się zapalać jedna po drugiej. Nie wszystkie od razu. Jedna mrugnęła, druga zamigotała, trzecia zapaliła się pewnie i bez wahania. Nad wodą zmrok nie schodził gwałtownie. Rozlewał się powoli. Światła po drugiej stronie rzeki odbiły się na czarnej powierzchni w długich, drgających pasach. Miasto udawało, że świeci dla wszystkich.

Adam zrobił kilka kroków dalej, potem wrócił. Nie chciał stać w miejscu jak cel na strzelnicy. Nie chciał też wyglądać, jakby kręcił się bez sensu. Wybrał niski mur przy poręczy. Oparł się o niego biodrem, twarzą do ciągu pieszego, z widokiem na oba podejścia. Ręce dalej w kieszeniach. Prawa dłoń na telefonie. Lewa pusta, ale gotowa.

Minuty zaczęły pracować przeciwko niemu.

Najpierw pomyślał o klasyce. Ktoś się spóźniał. Ktoś obserwował, czy przyszedł sam. Ktoś chciał go zmiękczyć czekaniem. Potem w głowie pojawiły się gorsze wersje. Że już go sfotografowano. Że ktoś właśnie potwierdza, że numer działa. Że prawdziwe spotkanie jest gdzie indziej, a to miało tylko sprawdzić jego reakcje. Albo że nadawca już nie żył, skoro tak lubił pisać o życiu i śmierci.

Pomyślał też o Jakubie. Tylko na moment. To wystarczyło, żeby kark zrobił się twardszy. Brat był dokładnie tym rodzajem człowieka, przez którego obcy ludzie nagle zaczynali znać twój numer, twoje zwyczaje i słabe punkty. Adam odepchnął tę myśl. Za wcześnie. Za łatwe. Panika robi z hipotez religię.

Biegacz z psem wrócił od strony mostu. Pies tym razem zwolnił przy Adamie, obwąchał powietrze, po czym szarpnął dalej. Para pod parasolem skręciła ku schodom i zniknęła. Na ławce pod zadaszeniem nikogo już nie było. Za to po przeciwnej stronie ciągu mignął ktoś w ciemnym płaszczu. Za filarem. Za szybko, żeby zobaczyć twarz. Adam nie drgnął. Tylko oczy poszły za ruchem.

Pustka po ruchu bywała bardziej wymowna niż sam ruch.

Wyjął telefon jeszcze raz. Zimny ekran rozświetlił mu dłoń.

Brak nowych wiadomości.

Przesunął kciukiem po treści SMS-a, jakby mógł wydrapać z niej więcej. Nic. Żadnych metadanych, żadnej łaski od losu. Sama komenda. Sam haczyk.

Wiatr od rzeki skręcił nagle ostrzej. Adam podniósł głowę. Gdzieś wyżej, na poziomie ulicy, przejechał tramwaj. W dali zawyła syrena. Światła w dzielnicy finansowej zapalały się piętro po piętrze, jakby ktoś uruchamiał kolejne kondygnacje akwarium pełnego drogich ryb.

I wtedy telefon zawibrował.

Krótko. Raz.

Adam spojrzał na ekran.

To nie była nowa wiadomość.

To było połączenie z numeru zastrzeżonego.


Spis treści  |  Rozdział 2 →

© Dariusz Budyta — wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie zabronione. Lista Beton — dariuszbudyta.pl