Rozdział 3
Mieszkanie przyjęło go chłodem, który znał jego kod i nie potrzebował zaproszenia. W środku było ciemno, choć dzień niby trwał. Stary laptop na biurku czekał jak zły świadek, który i tak wszystko zapisze.
Adam zamknął drzwi, przekręcił zamek raz, potem drugi. Poszedł do okna. Plakat Sawickiego dalej wisiał naprzeciwko. CZAS NA ZMIANY. Litery rozpływały się w czerwone smugi.
Zdjął kurtkę dopiero po chwili. Nie rzucił jej byle gdzie. Najpierw wsunął rękę do wewnętrznej kieszeni i wyjął wodoodporne etui. Potem kartkę z hasłem o Liście Beton. Potem sprawdził jeszcze raz bilet do Berlina — nazwisko nie zniknęło od samego patrzenia. Schował wszystko na biurko. Kurtkę odwiesił na oparcie krzesła.
Usiadł. Stare siedzisko jęknęło pod nim cicho, z przyzwyczajenia.
Laptop uruchamiał się długo. Zawsze długo. Miał popękaną obudowę przy zawiasie i baterię dobrą na tyle, by zgasnąć bez ostrzeżenia, jeśli ktoś zapomniał kabla. Adam trzymał go właśnie po to. Nie do wygody. Do brudnej roboty. Do rzeczy, których nie wpinało się w codzienność.
Kiedy system wreszcie wstał, wyjął pendrive z etui. Czarny. Gładki. Żadnej etykiety. Przez sekundę obracał go między palcami.
Kamil Nowak nie wyglądał na człowieka, który umiera z czymś takim przy kostce bez powodu. A ktoś, kto wysyłał Adama po trupa, też nie robił tego dla sportu.
Wsunął nośnik do portu.
Nic przez moment. Potem cichy sygnał systemu. Ekran mrugnął. Otworzyło się okno — nie standardowe, nie zwykły folder. Czarne tło. Białe litery. Zbyt schludne na amatorszczyznę.
ACCESS RESTRICTED
AES-512 / MULTI-LAYER ENCRYPTION
UNAUTHORIZED ATTEMPTS MONITORED
TIME TO DATA PURGE: 23:59:41
Licznik ruszył od razu, sekunda po sekundzie.
Adam pochylił się bliżej.
Niżej pojawił się jeszcze jeden komunikat:
THREE FAILED AUTHENTICATION ATTEMPTS WILL TRIGGER LOCKDOWN
FULL CONTENT WIPE AT TIMER EXPIRATION
— Świetnie — powiedział cicho. — Ktoś miał fantazję.
Nie dotknął klawiatury od razu. Najpierw patrzył. Układ okna. Font. Prosty interfejs. Żadnego logo. Żadnego śladu producenta.
Otworzył narzędzia systemowe. Spróbował najprostszej rzeczy: odczytu identyfikatora urządzenia, struktury partycji, czegokolwiek, co programista schował niedbale. Pendrive odpowiadał jak beton. Jedna partycja. Zamknięta. Żadnych widocznych plików. Żadnego numeru seryjnego, który coś mówił. Ktoś nie szyfrował tego na kolanie przy piwie.
Adam przesunął dłonią po zaroście. Sucha skóra chrzęściła pod palcami. Zegarek na ekranie laptopa pokazywał więcej, niż chciał wiedzieć. Z każdą minutą ta rzecz w jego porcie USB zamieniała się z trofeum w granat bez zawleczki.
Uruchomił prosty skrypt do kopiowania obrazu nośnika. Pasek ruszył do dwóch procent, zawiesił się, po czym ekran wyrzucił komunikat o błędzie dostępu. Spróbował inną ścieżką. To samo. Trzecia próba dała tylko krótkie ostrzeżenie, że urządzenie zerwało sesję i wymaga ponownej autoryzacji.
— Nie lubię cię — powiedział do pendrive'a.
Wstał i podszedł do aneksu. Ekspres zacharczał po naciśnięciu przycisku. Adam wsypał kawę, nalał wody i oparł dłonie o blat, czekając na ten znajomy brzęk, syk i warkot.
Sięgnął po kubek z odpryśniętym uchem. Na białej ceramice, już pożółkłej od lat i fusów, widniał granatowy napis: Ministerstwo Infrastruktury. Dostał go kiedyś na jakimś durnym świątecznym spotkaniu dla ludzi, którzy mieli siedzieć cicho i robić, co trzeba. Zostawił sobie złośliwie. Pamiątka po miejscu, które pachniało wykładziną, kawą z automatu i cudzym interesem.
Nalał czarnej kawy do kubka i wrócił do biurka.
Telefon leżał obok laptopa. Sprawdził go.
Brak nowych wiadomości.
Żadnego SMS-a od numeru zastrzeżonego. Żadnego śladu po człowieku, który wysłał go nad Wisłę. Żadnego Jakuba.
Odłożył telefon i wrócił do laptopa.
Jeśli nie dało się wejść bokiem, trzeba było spróbować przez drzwi. Okno szyfru miało pole na hasło. Jedno. Minimalistyczne. Ktoś bardzo chciał, żeby użytkownik wpisywał właściwe słowo albo umierał z ciekawości.
Adam oparł łokcie na blacie. Zaczął od rzeczy oczywistych. Imię. Nazwisko. Zbitki. Data urodzenia Kamila, jeśli dobrze ją pamiętał z któregoś biogramu. Nazwa szkoły? Nazwisko ministra? Nazwa projektu? Nic.
Zatrzymał ręce.
Trzy próby. Tylko trzy. To nie był automat dla dzieci. Tu każde zgadywanie miało cenę.
Wstał jeszcze raz i przeszedł się po mieszkaniu dwa kroki w jedną, dwa w drugą stronę. Miejsca było tyle, że trudno było to nazwać chodzeniem. Spojrzał na kartkę z napisem Lista Beton — archiwum SB, lata 80., boom budowlany.
Hasło mogło siedzieć tam. W starym kodzie. W nazwisku. W roczniku. W miejscu.
Hotel Victoria. 1986.
Poczuł, jak to łączy się pod skórą z czymś starym i niechcianym. Ojciec. Matka. Zdanie rzucone przy garnku z zupą: zadał za dużo pytań. Adam odsunął tę myśl, zanim zdążyła się rozgościć. Wspomnienia były dziś jak alkohol. Łatwo wchodziły, źle prowadziły.
Usiadł z powrotem. Wpisał pierwszy trop. VICTORIA1986.
BŁĄD AUTORYZACJI
POZOSTAŁE PRÓBY: 2
Odchylił się na krześle.
— Brawo.
Potem spróbował LISTABETON.
BŁĄD AUTORYZACJI
POZOSTAŁE PRÓBY: 1
Teraz już nie klął. Tylko patrzył na ekran, aż licznik na górze odjął kolejne osiem sekund z jego życia. Jedna próba. Jedna. I potem blokada. Ktoś budował to zabezpieczenie dla ludzi ostrożniejszych niż on.
Adam podniósł kubek, dopił kawę do dna i skrzywił się. Zimna. Jeszcze gorsza. Odstawił ją zbyt mocno. Ceramika stuknęła o blat.
Przez chwilę myślał o wszystkich ludziach, których znał. O tych, którzy umieli znikać podpisy z papierów. O tych, którzy czytali policyjne systemy jak menu obiadowe. O tych, którzy potrafili dobrać wytrych do sejfu, ale nie do szyfru. Lista się kończyła szybciej, niż by chciał.
Potrzebował kogoś od danych. Kogoś, kto znał się na zabezpieczeniach lepiej niż na opowieściach o nich. Kogoś, komu można pokazać taką rzecz i nie dostać od razu noża w plecy albo faktury na pół życia.
Spojrzał znowu na telefon.
Nadal nic.
Pendrive odliczał swój własny zegar. A Adam siedział w pokoju z kubkiem z ministerialnym logo, jedną zmarnowaną próbą za daleko i świadomością, że jeśli dalej będzie udawał specjalistę, skończy z pustym nośnikiem i pełnym grobem pytań.
Potrzebował pomocy.
I musiał ją znaleźć szybko.
Telefon zadzwonił tak nagle, że przez sekundę dźwięk zabrzmiał jak alarm z cudzego mieszkania. Adam spojrzał na ekran i poczuł krótkie, niechciane ukłucie ulgi.
Jakub.
Ulga trwała dokładnie tyle, ile potrzebował kciuk, żeby przesunąć zieloną ikonę.
— Gdzie jesteś? — rzucił od razu.
Po drugiej stronie nie było powitania. Tylko oddech. Szybki. Poszarpany. W tle szum ulicy i coś metalicznego — brat przeciskał się między autami albo nerwami.
— Adam, słuchaj mnie — powiedział Jakub. — Dwóch gości. W garniturach. Byli u mnie w biurze.
Adam wyprostował się na krześle.
— Kiedy?
— Przed chwilą. Dosłownie przed chwilą.
— Czego chcieli?
Jakub przeklął cicho, odsunął telefon, wrócił bliżej.
— Pytali o ciebie. Wiedzieli, gdzie pracuję, znali moje nazwisko. Pytali, kiedy ostatnio cię widziałem.
Adam spojrzał na okno, potem na drzwi mieszkania. Nic się nie zmieniło. Właśnie to było najgorsze.
— Co im powiedziałeś?
— Nic konkretnego.
— Jakub.
— No dobra, powiedziałem, że dawno. Że nie wiem, gdzie jesteś. Że nie jesteśmy przyklejeni biodrem, tak?
— Masz wrócić do domu. Teraz. I nikomu nie otwieraj.
— Nie rozumiesz.
Głos brata zaostrzył się nagle. Nie był już tylko zdyszany. Był podgryziony od środka paniką.
— Oni wiedzieli o moich długach — powiedział. — O wszystkim. Powiedzieli, że jeśli nie pomogę im cię znaleźć, to...
Urwał.
W tle rozległ się klakson, ostry i długi. Potem trzask drzwi samochodu albo autobusu. Jakub zaklął głośniej.
— Gdzie jesteś? — spytał Adam. Tym razem ciszej. Twardziej.
— Na ulicy.
— To wiem. Gdzie dokładnie?
— Nie mogę stać i ci tłumaczyć nazw sklepów, do cholery.
— Możesz i będziesz.
— Adam, chyba mnie śledzą.
Te trzy słowa weszły w pokój jak zimne powietrze przez nieszczelną ramę.
Adam podniósł się od biurka. Telefon ścisnął mocniej.
— Słuchaj uważnie. Wejdź do pierwszego miejsca, gdzie są ludzie. Sklep, bar, cokolwiek. Nie idź prosto do domu. Zmień trasę. I nie gadaj z nikim w garniturze, nawet jak będzie miał twoją metrykę w ręku.
Jakub oddychał przez chwilę za głośno, żeby uznać to za odpowiedź.
— Słyszysz mnie? — nacisnął Adam.
— Słyszę.
— Wyślij mi lokalizację.
— Nie mogę teraz...
— Możesz.
Kolejny klakson. Potem głuche uderzenie — Jakub trącił kogoś barkiem.
— Muszę kończyć — rzucił brat. — Oddzwonię.
— Nie rozłączaj się.
Ale połączenie już się rwało. Trzask. Szum. Ułamek sekundowego zgrzytu. Potem cisza.
Adam spojrzał na ekran.
Połączenie zakończone.
Przez moment stał nieruchomo. Nie długo. Wystarczająco, żeby w głowie poukładały się rzeczy w brzydki ciąg. Kamil martwy. Zaleska na karku. Wiadomość o Hotelu Victoria. Pendrive z licznikiem. I teraz ludzie w garniturach pytający Jakuba o jego starszego brata.
Wybrał numer od razu.
Sygnał nie poszedł nawet raz. Automat poinformował go chłodnym głosem, że telefon jest wyłączony lub poza zasięgiem.
— Kurwa.
Spróbował jeszcze raz. To samo. Trzeci raz. Nic.
Odłożył telefon, zaraz znów go podniósł. Kciuk zawisł nad ekranem. Mógł dzwonić do matki. Nie — za wcześnie. Nie po to, żeby wsadzić jej do głowy obraz dwóch garniturów pod drzwiami. Mógł dzwonić na policję. Jeszcze głupsze. Zaleska miała już jego nazwisko na osobnej półce. Każde oficjalne drgnięcie tylko zrobiłoby hałas.
Nie miał luksusu siedzenia.
Sięgnął po pendrive. Wyciągnął go z laptopa. Ekran zamrugał ostrzeżeniem o przerwaniu sesji. Zignorował je. Wsunął nośnik z powrotem do etui i schował do wewnętrznej kieszeni kurtki. Kartkę o Liście Beton wsunął osobno. Telefon do dłoni. Portfel. Klucze.
Przed wyjściem zgasił laptop. Nie przez system. Z przycisku. Klapa opadła z suchym trzaskiem.
Na klatce schodowej było jeszcze chłodniej niż w mieszkaniu. I ciszej. Ta cisza nie była pusta. Miała w sobie sąsiadów za drzwiami, stare rury w ścianach i możliwość, że ktoś stoi pół piętra niżej i czeka.
Adam zatrzymał się na chwilę przy poręczy. Słuchał.
Nic.
Zszedł powoli. Bez tupania. Bez pośpiechu, który robi echo. Na półpiętrze spojrzał przez brudne okno na ulicę. Samochody. Jeden przechodzień pod parasolem. Żadnej twarzy, która czekała za długo. Żadnego auta z przyciemnioną szybą pod samą bramą.
To nic nie znaczyło.
Wyszedł na zewnątrz i poczuł wilgoć na karku. Zapiął kurtkę wyżej. Rozejrzał się po obu stronach ulicy, po witrynach, po zaparkowanych samochodach. Miasto wyglądało zwyczajnie, czyli podejrzanie.
Stawka właśnie skoczyła tak wysoko, że deszyfrowanie danych przestało być jedynym problemem. Teraz gra szła też o Jakuba.
A Jakub był dokładnie tym rodzajem słabego punktu, przez który ludzie kończyli w trumnie albo na smyczy.
„Stara Praga" wyglądała jak lokal, który przeżył trzy ustroje i żadnemu nie wybaczył. Neon nad barem świecił tylko połową liter, a z sufitu kapała woda prosto do plastikowego wiadra po farbie.
Adam wszedł, strzepując deszcz z kaptura. W środku pachniało starą kawą i czymś smażonym wiele godzin temu. Przy jednym stoliku siedział starszy mężczyzna z gazetą rozłożoną szeroko przed twarzą. Nie wyglądał na klienta, który czyta dla informacji. Bardziej dla osłony.
Za barem stała kobieta o twarzy zmęczonej tak uczciwie, że aż budziła szacunek. Nie zapytała, czego chce. Skinęła tylko głową w stronę stolików — siadaj albo wychodź, obie opcje są mi obojętne.
Adam wybrał kąt. Plecy do ściany. Wejście na wprost. Tylne drzwi odbite w brudnym lustrze obok ekspresu. Z tego miejsca widział prawie wszystko, co było warte widzenia. Resztę trzeba było zakładać.
Usiadł i położył telefon obok popielniczki. Ekran ciemny. Jakub dalej poza zasięgiem. To jedno zdanie z automatu zdążyło już ułożyć się w głowie Adama w kilka gorszych wersji.
Zamówił kawę ruchem dwóch palców. Dostał ją bez słowa, w ciężkiej filiżance z odpryśniętym rantem. Czarna, mocna, bez ambicji. Idealna.
Czekał.
Nie długo. Ewa Rutkowska nie miała opinii człowieka, który się spóźnia bez powodu. Jeśli już się spóźniała, znaczyło to zwykle, że najpierw sprawdza wejście, tył, okna i to, czy ktoś nie pomylił jej z łatwym celem.
Drzwi otworzyły się gwałtownie, wpuściły pas wilgoci i ją. Drobna. W ciemnym płaszczu przeciwdeszczowym. Torba przewieszona przez ramię, wypchana tak, że wyglądała ciężej niż właścicielka. Włosy wilgotne przy skroniach. Oczy czujne i poirytowane jeszcze przed pierwszym słowem — świat od rana zasługiwał na pozew.
Dostrzegła go od razu. Podeszła bez zawahania. Usiadła naprzeciwko. Nie zdjęła płaszcza. Nie podała ręki.
— Masz to? — spytała, sięgając po menu, którego nawet nie otworzyła.
Adam wsunął dłoń pod stół. Wyjął etui i uchylił je na sekundę — tyle, by zobaczyła czarny nośnik. Potem zamknął.
Jej spojrzenie stwardniało o pół tonu.
— To z Bulwarów?
Nie spytał, skąd wie. Gdyby Ewa nie wiedziała o ciele przy Wiśle szybciej niż połowa komendy, przestałaby być sobą.
— Powiedzmy.
— Powiedzmy, że mam mało czasu na twoje „powiedzmy".
Wyjęła z torby mały laptop, grubszy i nowszy od jego, oraz plik dokumentów spiętych gumką. Rozłożyła wszystko na stole tak, jak inni ludzie rozkładają karty do gry.
— Sawicki nie jest tym, za kogo się podaje — powiedziała. — Mam nagrania. Notatki. Dwa źródła z dawnych spółek budowlanych i jedno z archiwum, które oficjalnie niczego nie pamięta. Jego powiązania z SB sięgają lat osiemdziesiątych.
Adam oparł się lekko na krześle.
— Mocny zarzut jak na kawę przed południem.
— Mocne są dokumenty. Zarzut to dopiero zrobię z tego na okładkę.
Przesunęła ku niemu jedną kartkę. Kserokopia starego formularza. Słaby druk, pieczątka, fragment nazwiska. Nie wszystko było czytelne. Wystarczająco, żeby poczuć zapach czasu, który nigdy nie został rozliczony.
— To nie jest dowód końcowy — powiedziała. — To ślad. Ten sam człowiek pojawia się potem przy gruntach, potem przy spółdzielniach, potem przy ludziach, którzy nagle zarobili pierwszy milion na cudownie tanim betonie. Zgadnij, jakie nazwiska wracają w papierach.
— Nie lubię zgadywanek.
— Sawicki. Ludzie wokół niego. Ludzie starsi od niego, którzy dziś siedzą cicho i noszą lepsze zegarki. A jeśli to — stuknęła palcem w etui — jest tym, czym myślę, to masz brakujący most między SB a nową Warszawą.
Adam przesunął wzrok po jej dokumentach. Notatki na marginesach. Daty. Strzałki. Nazwy spółek, które coś mu mówiły, bo przewijały się przez ministerstwo jak kurz przez wykładzinę.
— Skąd pewność, że to nie kolejna legenda dla ludzi, którzy lubią wierzyć, że za wszystkim stoi jedna wielka lista?
Ewa prychnęła.
— Bo legendy nie wysyłają trupów nad Wisłę. I nie montują ci biletu do Berlina z własnym nazwiskiem.
Adam spojrzał na nią uważniej.
— Śledzisz mnie pilniej, niż wypada.
— To ty przyszedłeś do mnie.
Prawda. Tania i niewygodna.
Kelnerka przyniosła Ewie herbatę, której nikt nie zamawiał, i postawiła ją z miną osoby, która wie, że rozmowa przy tym stoliku nie dotyczy pogody. Dziennikarka nawet nie podziękowała. Już odpinała laptop.
— Ile? — spytał Adam.
Ewa uniosła wzrok znad klawiatury.
— Słucham?
— Cena twojej pomocy. Nie robię sobie złudzeń, że nagle pomagasz mi z sympatii.
Przez moment wyglądała, jakby chciała się obrazić z zasady, ale szkoda jej było czasu.
— Wyłączność — powiedziała. — Cokolwiek znajdziemy, publikuję pierwsza. Bez cenzury. Bez ministerialnego pudru. Bez „tego na razie nie ruszajmy".
Adam milczał chwilę. Słuchał kapania do wiadra. Jedna kropla. Druga. Trzecia. Lokal miał rytm taniego przesłuchania.
— Najpierw muszę chronić brata — powiedział w końcu. — Reszta potem.
Ewa spojrzała na niego znad ekranu.
— Jakuba?
Nie skomentował, że zna imię. Oczywiście, że znała. W jej pracy cudze rodziny były częścią dokumentacji.
— Jeśli publikacja zrobi z niego cel, wstrzymasz tekst, aż go zabezpieczę.
— Nie jestem ochroną świadków.
— Nie pytam o twoją biografię.
Jej szczęka lekko drgnęła.
— Dobrze — powiedziała po chwili. — Masz krótki margines. Ale nie będę siedzieć na materiale tygodniami tylko dlatego, że twoja rodzina ma talent do pakowania się pod koła.
To i tak było więcej, niż się spodziewał.
— Umowa stoi.
— Na słowo?
— Na tyle mnie dziś stać.
Ewa skinęła krótko — słowa były walutą podłej jakości, ale czasem jedyną dostępną. Wyciągnęła pendrive z etui i podłączyła go do laptopa. Jej palce poruszały się szybko, pewnie, bez tego półamatorskiego teatru, który ludzie lubią grać przy cudzej elektronice. Uruchomiła dwa programy, potem trzeci, potem coś z linii poleceń.
Na ekranie migały krótkie ciągi znaków, identyfikatory, parametry, których Adam nie potrzebował rozumieć, żeby wiedzieć, że sprawa jest zła.
Ewa zmarszczyła brwi.
— To potrwa. Ktokolwiek to zaszyfrował, wiedział co robi.
— Tyle już zdążyłem ustalić sam.
— Nie, nie zdążyłeś. Ty zdążyłeś prawie to zablokować.
Spojrzał na nią chłodno.
— Jedna próba.
— Dwie?
— Dwie.
— Czyli zostało ci jedno życie. Gratuluję samokontroli.
Adam podniósł filiżankę i upił łyk. Kawa była paskudna. To akurat pasowało do dnia.
Ewa dalej pracowała. Na stole między nimi leżały jej notatki o Sawickim, czarny pendrive i milcząca zgoda, że oboje właśnie weszli w coś, co może ich kosztować więcej niż dobry materiał prasowy albo spokojny wieczór.
Za oknem Praga siedziała po drugiej stronie ulicy jak stary bokser. Poobijana. Wciąż stojąca. I wcale nie po jego stronie.
Adam zobaczył ją w szybie wcześniej niż na ulicy. Najpierw jako ciemny pion w rozmazanym odbiciu neonów, potem już wyraźnie, po drugiej stronie jezdni. Stała pod parasolem z tą nieruchomością, która zawsze zdradza zawodowców.
Anna Czarnecka.
Nie patrzyła w okno wprost. To też było zawodowe. Stała przy przystanku, lekko bokiem, jak ktoś, kto czeka na spóźniony autobus i ma dość miasta. Tylko że Adam znał ten sposób stania. Ciężar rozłożony równo. Wolna ręka przy ciele, nie w kieszeni. Głowa ustawiona tak, by widzieć odbicia w witrynach. Nie pasażer. Nie przechodzień. Obserwacja.
Ich spojrzenia skrzyżowały się tylko na moment. Wystarczyło.
Anna nie wykonała żadnego gestu. Nie drgnęła. Nie odwróciła wzroku za szybko. Robiła minimum — a właśnie to mówiło najwięcej.
Adam odstawił filiżankę ciszej, niż miał ochotę.
Ewa zauważyła to od razu. Nie była może żołnierzem, ale umiała czytać zmianę ciśnienia przy stole.
— Ktoś, kogo znasz? — zapytała, nie odrywając oczu od laptopa.
Adam patrzył jeszcze sekundę przez szybę.
— Tak.
— To brzmi jak „tak, i to problem".
— Kiedyś pracowała dla rządu. Teraz dla najwyżej płacącego.
Ewa uniosła głowę, zerknęła dyskretnie przez szybę i wróciła do ekranu.
— Ochrona? Kontrwywiad? Prywatna robota?
— Anna Czarnecka — powiedział. — To zwykle oznacza, że ktoś nie chce się ubrudzić własnymi rękami.
— Czyli jesteśmy obserwowani.
— Ja jestem. Ty właśnie siedzisz za blisko.
Ewa prychnęła.
— Za późno na dobre wybory.
Kliknęła kilka razy, zmarszczyła brwi jeszcze mocniej, potem nagle zamknęła jedno z okien programu. Ekran zgasł do pulpitu, znów rozbłysnął na innym narzędziu. Po minucie zatrzasnęła laptop z suchym stukiem.
Adam spojrzał na nią.
— To znaczy?
— To znaczy, że bez specjalnego sprzętu i lepszej izolacji możemy tu co najwyżej zepsuć nośnik i zamówić następną kawę. A ta kawa już teraz wygląda jak czyn zabroniony.
Wsunęła laptop do torby.
— Potrzebuję stacji do pracy offline. I czasu. Minimum kilku godzin. Może więcej.
— Nie mamy kilku godzin.
— Wiem.
Adam spojrzał na jej dokumenty, potem na ulicę, potem znowu na torbę. W głowie układał rzeczy szybko. Nie logicznie — szybciej niż logicznie. Kamil. Pendrive. Ministerstwo. Szyfr wojskowy w cywilnych rękach. Komunikat o autoryzacji. Tego typu systemy rzadko działały w próżni. Nośnik bywał tylko połową zamka. Druga połowa siedziała zwykle w certyfikacie, serwerze, kluczu sprzętowym albo ukrytym pliku na maszynie, która miała dostęp służbowy.
I wtedy to wróciło. Krótki obraz z korytarza w ministerstwie. Pokój bez okien. Szafa rack. Jeden informatyk mówiący za dużo przy papierosie, że „przy materiałach wrażliwych zawsze jest drugi klucz w sejfie projektowym". Adam nie słuchał wtedy dla przyjemności. Słuchał zawodowo. Śmieci cudzych rozmów czasem ratowały życie.
— Mam klucz deszyfrujący w biurze — powiedział.
Ewa spojrzała na niego tak, jakby przyznał, że trzyma dynamit w skrzynce na listy.
— Słucham?
— Nie dosłownie na biurku. W ministerstwie. Albo w systemie projektowym, albo w sejfie przy wydziale dostępu. Coś takiego nie chodzi samo.
— Chcesz się włamać do własnego miejsca pracy kilka godzin po tym, jak znaleźli cię przy trupie?
— Nie moje miejsce pracy. Miejsce pracy ludzi, którzy płacą za udawanie, że nie wiem za dużo.
— Różnica prawna jest subtelna.
Adam sięgnął po filiżankę i dopił resztkę jednym łykiem. Gorzkie. Zimne. Dobre na decyzje.
— Po Bulwarach? — powiedziała Ewa. — Zaleska na pewno kazała cię obserwować.
— Może ona. Może nie ona.
Skinął prawie niedostrzegalnie w stronę ulicy.
— Jeśli Czarnecka stoi tam oficjalnie, to źle. Jeśli stoi nieoficjalnie, to gorzej.
Ewa zacisnęła palce na uchu torby.
— To jest moment, w którym rozsądny człowiek znika.
Adam prawie się uśmiechnął.
— Rozsądni ludzie nie dostają biletów do Berlina schowanych w cudzym bucie.
Przez chwilę milczeli. Tylko wiadro zbierało krople z sufitu. Jedna za drugą. Jak licznik na pendrivie.
W głowie Adama odezwał się głos matki. Nie wspomnienie miękkie. Twarde, praktyczne, z kuchni pachnącej kapustą i dymem.
Twój ojciec nie zginął w wypadku. Zginął, bo zadawał pytania o niewłaściwe osoby.
Przez lata traktował to zdanie jak rodzinny nawyk do przesady. Jedno z tych ostrzeżeń, które starsi ludzie noszą przy sobie, bo nic innego już nie mogą. Teraz brzmiało inaczej. Bardziej jak notatka zostawiona za późno.
Patrzył na szybę, na Annę pod parasolem, na odbicie własnej twarzy między nimi. Ojciec zadawał pytania. Kamil pewnie też. Teraz pałeczkę ktoś wcisnął jemu, czy chciał, czy nie.
— Jeśli wejdziesz do ministerstwa, możesz stamtąd nie wyjść z niczym — powiedziała Ewa. — Albo w ogóle nie wyjść.
— Taki jest urok usług publicznych.
Wyjął banknot i wsunął go pod filiżankę. Za dużo jak na tę kawę. Za mało jak na dzień.
— Gdzie będziesz? — spytał.
— Nie podam ci adresu przez stolik w lokalu z przeciekającym sufitem.
— Rozsądnie.
— Odezwę się sama. A ty, jeśli już musisz robić coś głupiego, zrób to szybko.
Adam wstał. Nie spojrzał już na Annę wprost. Zawodowcy lubią, gdy ofiara potwierdza, że zobaczyła haczyk. Nie miał zamiaru dawać jej tej przyjemności.
Wziął kurtkę z oparcia, poprawił kołnierz i sięgnął po etui z pendrivem. Ewa zatrzymała na nim wzrok.
— Zostaw to u mnie. Będzie bezpieczniej.
— Nie będzie.
— Ufasz mi aż tak mało?
— Ufam wszystkim dokładnie tyle samo.
To chyba jej się nawet spodobało. Kącik ust drgnął ledwie zauważalnie.
— Tylne drzwi — powiedziała.
Adam skinął głową. Przeszedł obok baru, obok wiadra, obok starszego mężczyzny z gazetą, który ani razu nie przewrócił strony. Na końcu wąskiego korytarza były drzwi z odpadającą farbą i krzywo przybitą tabliczką TYLKO PERSONEL. Nacisnął klamkę.
Zanim wyszedł, zatrzymał się na sekundę.
Z przodu lokalu czekała obserwacja. W ministerstwie czekały kamery, karty dostępu i może coś gorszego. Zaleska miała już jego twarz przy trupie. Nieznany nadawca prowadził go po mieście jak psa na zbyt długiej smyczy. A Jakub gdzieś znikał z wyłączonym telefonem.
Nie było już dobrego ruchu. Zostały tylko mniej śmiertelne.
Adam wyszedł tyłem ze „Starej Pragi" w ciasną alejkę pachnącą śmieciami.
Decyzja zapadła.
Włamie się do własnego biura w Ministerstwie Infrastruktury.