Lista Beton  ·  Warsaw Noir  ·  Thriller polityczny

Rozdział 10 z 21

Dariusz Budyta Spis treści

Rozdział 10

Las zaczął się tam, gdzie kończyły się latarnie i rozsądek. Droga zwęziła się do ciemnej blizny między drzewami, a deszcz walił w szybę tak gęsto, jakby ktoś chciał ich zawrócić siłą samej wody.

Wycieraczki pracowały na najwyższych obrotach i nadal przegrywały. Na sekundę odsłaniały asfalt. Na następną oddawały go wodzie. Reflektory rozcinały mrok na krótkie kawałki: pień, błoto, pobocze, czarną ścianę gałęzi. Potem znowu nic.

Adam siedział pochylony nad kierownicą. Palce miał wbite w wytarty plastik. Prawa dłoń bolała go po wcześniejszych uderzeniach i zaciskaniu, ale ból należał teraz do tła. Tło było bogate. Strzały, zdrada, telewizja, ojciec, który okazał się cudzą legendą. Na jego miejscu większość ludzi wybrałaby ścianę albo butelkę. On wybrał starą drogę przez las do człowieka z akt.

Obok siedziała Zaleska. Płaszcz miała rozpięty, pas bezpieczeństwa ściągał materiał przez prowizoryczny opatrunek. Biała gaza przy ramieniu ciemniała od krwi. Jeszcze nie całkiem. Dość, żeby drażnić wzrok. Nie skarżyła się. Patrzyła przed siebie, czasem na telefon bez zasięgu, częściej na drogę. Oczy nadal pracowały.

Z tyłu Jakub siedział skulony przy drzwiach. Co chwilę przecierał dłonią zaparowaną szybę i zaglądał w ciemność. Nic tam nie było poza jego własnym odbiciem. Widocznie to też wystarczało, żeby się bać.

— Jeśli nas ktoś prowadzi — odezwał się Jakub — to na tej drodze nawet nie zobaczymy świateł.

Adam nie odwrócił głowy.

— Pokrzepiające.

— Mówię tylko—

— Wiem, co mówisz.

Zapadła cisza. Nie pokojowa. Użytkowa. Taka, w której ludzie przestają się tłumaczyć, bo i tak za późno na wersje łagodniejsze.

Droga skręciła ostro między dwa wielkie świerki. Koła wpadły w koleinę pełną wody. Auto zakołysało się ciężko. Zaleska przytrzymała się deski rozdzielczej zdrową ręką.

— Zwolnij.

— Jak zwolnię bardziej, ugrzęźniemy.

— Jak nie zwolnisz, urwiesz zawieszenie i będziemy mieli prostszy problem.

Adam odjął trochę gazu. Nie z posłuszeństwa. Z rachunku. Samochód teraz był wszystkim. Nogi, ściana, opóźnienie egzekucji.

Minęli tablicę z nazwą miejscowości, połamaną i oblepioną błotem. Adam dostrzegł tylko kilka liter. Resztę zjadł czas. Zgodnie z mapą powinni już być blisko. To nie uspokajało. Dom człowieka takiego jak Zieliński nie powinien być łatwy do znalezienia. Jeśli był, znaczyło to zwykle, że on sam tego chce.

Telefon leżący przy lewarku nie miał zasięgu. Martwy prostokąt.

— W lewo na następnym rozwidleniu — powiedziała Zaleska, patrząc na kartkę z odręcznie rozrysowaną trasą. — Potem droga gruntowa.

— To teraz jedziemy po czym? Po luksusie?

Nie odpowiedziała. Miała mniej cierpliwości niż krwi.

Skręcili. Asfalt skończył się natychmiast. Pod kołami zachrupał żwir, potem błoto. Las zbliżył się jeszcze bardziej. Gałęzie smagały boki samochodu, zostawiając po sobie trzaski. Przez chwilę Adam miał absurdalne skojarzenie, że jadą gardłem czegoś żywego. Miejsca, które połyka ludzi bez świadków.

Na końcu drogi pojawiło się światło.

Nie duże. Jedno. Ciepłe. Stojące nisko między drzewami.

Adam zwolnił.

Dom wyłonił się dopiero po chwili. Stary, drewniany, z ciemnym dachem i werandą, która dawno przestała komuś imponować, a zaczęła po prostu trzymać się z uporu. Stał głęboko wśród sosen, bokiem do drogi, jak człowiek, który nie chce wdawać się w rozmowę z cywilizacją. W jednym oknie paliła się lampa. Reszta tonęła w ciemności.

Nie było innych aut. Nie było śladów życia poza światłem i cienką smugą dymu z komina.

Adam zgasił silnik.

Nagle deszcz zabrzmiał jeszcze głośniej. Jakby silnik do tej pory tylko go obrażał.

— Za czysto — mruknął.

— W takich miejscach zawsze jest za czysto albo za pusto — powiedziała Zaleska.

Jakub pochylił się między fotelami.

— Może najpierw sprawdzimy teren?

Adam już miał odpowiedzieć, kiedy drzwi domu otworzyły się same.

Na progu stanął Marek Zieliński.

Był wyższy, niż Adam się spodziewał, ale starość odebrała mu masę, nie postawę. Miał na sobie ciemny, staromodny kardigan i koszulę zapiętą pod samą szyję. Siwe włosy przeczesał dokładnie. Twarz miał pomarszczoną drobno, sucho, jak stary papier archiwalny. Jedną ręką trzymał drzwi, drugą oparł o framugę. Nie wyglądał na zaskoczonego. Wyglądał na człowieka, któremu potwierdził się harmonogram.

Przez moment patrzył tylko na samochód. Potem jego wzrok zatrzymał się na Adamie.

— Wysiądź — powiedział spokojnie. — Przemokniesz mniej, niż myślisz.

Adam nie ruszył się od razu.

— A pan wie, kogo wpuszcza?

Stary człowiek lekko przechylił głowę.

— Wiem, kogo wpuszczam od trzydziestu lat. Czasem tylko nazwiska na drzwiach się zmieniają.

To było wystarczająco irytujące, żeby brzmieć prawdziwie.

Adam wysiadł pierwszy. Deszcz od razu wlał mu się za kołnierz. Zaleska wyszła zaraz po nim, wolniej, z twarzą ściągniętą bólem. Jakub ostatni. Zieliński patrzył na nich wszystkich, ale najdłużej na Adama.

Potem powiedział cicho:

— Masz oczy Tadeusza.

Słowa siadły ciężko. Za ciężko jak na zwykłą obserwację. Adam poczuł w sobie ten szybki, znajomy skurcz, który pojawiał się od rana za każdym razem, gdy ojciec wracał z innego grobu.

— To nie jest komplement — odparł.

— Nie powiedziałem, że jest.

Zieliński cofnął się o krok i puścił drzwi szerzej.

— Wejdźcie. Herbata stygnie.

Adam spojrzał krótko na Zaleską. Ona minimalnie skinęła głową, choć dłoń miała już przy płaszczu, tam gdzie kryła broń. Weszli.

W środku było ciepło. Nie domowo. Sucho i kontrolowanie. Pachniało herbatą, dymem z kominka i starym drewnem. Korytarz był wąski. Na ścianach wisiały czarno-białe fotografie budynków i jeden mały obraz z zimowym krajobrazem. Podłoga skrzypiała, ale nie żałośnie. Po prostu uczciwie.

Zieliński poprowadził ich do salonu.

Pomieszczenie było urządzone tak, jakby ktoś zatrzymał czas w połowie lat dziewięćdziesiątych i potem regularnie odkurzał. Ciężkie regały. Skórzany fotel przy lampie. Ciemny stół. Szafka z porcelaną. W kominku palił się ogień. Na stole stał już imbryk i cztery filiżanki. Cienka porcelana z niebieskim wzorem. Nieprzypadkowe cztery.

Adam odnotował to od razu.

— Spodziewał się pan gości albo ma pan przesądnie dużo zastawy.

Zieliński zamknął za nimi drzwi do salonu.

— Spodziewałem się was od momentu, kiedy znaleziono ciało Kamila.

Jakub drgnął prawie niezauważalnie. Zaleska usiadła sztywno na skraju krzesła. Adam został przez chwilę na stojąco.

— Skąd pan wiedział o Kamilu?

— Bo chłopak panikował nieprofesjonalnie. A ludzie w panice dzwonią nie tam, gdzie trzeba. — Zieliński nalał herbaty, nie pytając, kto chce. — Najpierw próbował dotrzeć do dziennikarki. Potem do policji. Potem do jednego starego numeru, którego nie powinien już mieć. W końcu dotarła do mnie sama wiadomość o tym, że przestał dzwonić.

Postawił filiżankę przed Adamem.

— Siadaj. Stojący ludzie zwykle chcą wyjść za szybko.

Adam usiadł. Nie dlatego, że chciał. Dlatego, że lepiej się rozmawia z człowiekiem, kiedy ręce ma się bliżej stołu niż gardła.

Zieliński zajął miejsce naprzeciw. Patrzył na Adama bez cienia sentymentu.

— Widzę, że masz już zdjęcie z Victorii. Inaczej nie przyjechałbyś tu z taką twarzą.

Adam nic nie odpowiedział. Stary nie potrzebował potwierdzenia. Tego typu ludzie żyli z braków w cudzych zdaniach.

— Więc przejdźmy do sprawy, zanim ktoś mniej cierpliwy postanowi nas odwiedzić. — Zieliński upił łyk herbaty. — Lista Beton nie była nigdy zwykłą listą nazwisk. To bajka dla dziennikarzy i naiwnych prokuratorów. Nazwiska są tylko indeksem.

— W rzeczywistości to rejestr transakcji. Szczegółowy. Wieloletni. Konta, przelewy, podstawione spółki, decyzje przetargowe, numery działek, beneficjenci końcowi. Cała matematyka zdrady. Pokazuje, jak miliardy złotych z państwowych projektów budowlanych były wyprowadzane na szwajcarskie rachunki kontrolowane przez czterech mężczyzn ze zdjęcia w hotelu Victoria.

Kominek strzelił cicho. Adam patrzył na starego i nagle wszystko wydawało się zbyt uporządkowane, żeby było bezpieczne.

— Czterech — powtórzył. — Sawicki. Wanecki. Mój ojciec. I pan.

Zieliński odłożył filiżankę.

— Nie. — Pauza była mała, ale precyzyjna. — Sawicki. Wanecki. Tadeusz. I ojciec komisarz Zaleskiej.

Zaleska nie mrugnęła. Tylko szczęka jej się na moment zarysowała mocniej.

— Pan był archiwistą — powiedziała.

— Byłem pamięcią pomocniczą. Nigdy właścicielem interesu. To ważna różnica, choć moralnie niewiele daje.

Adam czuł, jak pod stołem zaciskają mu się dłonie.

— Miliardy?

— Przez lata. Na inwestycjach państwowych. Na materiałach. Na gruntach rezerwowanych pod przyszłe zabudowy. Na znikających spółkach i odradzających się funduszach. — Zieliński spojrzał w ogień. — Beton to nie była metafora. To był model państwa. Budowałeś drogę, osiedle, linię, biurowiec. Ktoś wystawiał fakturę. Ktoś zawyżał koszt. Ktoś kierował nadwyżkę dalej. A potem te pieniądze wracały już czyste. W garniturze. Z notariuszem. Z logotypem funduszu.

— I mój ojciec brał w tym udział.

Nie było to pytanie.

Zieliński spojrzał na niego twardo.

— Twój ojciec pomagał to zbudować. Potem próbował zburzyć. Dlatego nie żyje.

Herbata pachniała mocno i gorzko. Adam nie ruszył filiżanki. Czuł tylko ciepło pary, która dochodziła do twarzy i znikała.

— Chcę zobaczyć dokumenty.

Zieliński skinął głową powoli.

— Oczywiście. Po to tu przyjechaliście.

Zieliński wstał bez pośpiechu, jakby dokumenty nie leżały za ukrytym sejfem, tylko w kredensie obok cukiernicy. To właśnie było w nim najgorsze. Nie tajemnice. Spokój człowieka, który całe życie obcował z rzeczami wartymi cudzą śmierć i wyrobił sobie przy nich dobre maniery.

Podszedł do obrazu wiszącego przy biblioteczce. Martwa natura. Gruszki, dzbanek, tło tak nudne, że aż ostrożne. Adam patrzył, jak stary człowiek zdejmuje ramę, odkłada ją na bok i odsłania małe stalowe drzwiczki w ścianie.

Zieliński wstukał kod. Palce miał spokojne. Nie drżały.

Adam kątem oka zobaczył ruch z tyłu. Jakub siedział sztywno, ale uniósł wzrok. Na sekundę spotkał spojrzenie starego archiwisty. Krótkie. Drobne. Nic, czego nie dałoby się złożyć na karb napięcia. A jednak coś w tym było nieczyste. Za szybkie rozpoznanie. Za mało zaskoczenia.

Adam odnotował to i schował na później. Dziś „później" miało zwykle zły timing.

Sejf kliknął. Zieliński wyjął z niego grubą teczkę i dwa zrolowane arkusze zabezpieczone gumką. Przeniósł wszystko na stół z ostrożnością człowieka, który chroni papier bardziej niż ludzi.

— Proszę. Wasza edukacja obywatelska.

Rozpiął teczkę.

Na wierzchu leżały wykresy przepływów. Gęste linie. Konta. Daty. Strzałki. Nazwy spółek, które brzmiały jak zbiór przypadkowych liter, a jednak Adam znał część z nich z ministerialnych papierów, przetargów, zamkniętych spotkań i tych rozmów, przy których wszyscy uśmiechali się zbyt grzecznie. Przy niektórych rachunkach widniały pieczątki banków szwajcarskich. Przy innych dopiski ręczne. Kwoty szły w miliony. Potem dziesiątki milionów. Potem większe liczby, przy których człowiek przestawał widzieć pieniądze, a zaczynał widzieć mechanizm.

Zieliński rozłożył pierwszy arkusz. Mapa Warszawy. Nie turystyczna. Katastralna. Zaznaczone działki, obręby, numery ksiąg, czerwone i czarne kółka przy centrum, Powiślu, Śródmieściu, Woli, przy brzegach Wisły i na terenach, które dziś były warte tyle, że zwykły człowiek mógł co najwyżej fotografować je z chodnika.

— Te środki zostały później wykorzystane do zakupu prestiżowych warszawskich nieruchomości podczas prywatyzacji — powiedział Zieliński, stukając palcem w mapę. — Tu. Tu. I tu. Najpierw pieniądze wychodziły przez projekty infrastrukturalne i budowlane. Potem wracały jako legalny kapitał. Kupowały ziemię, udziały, kamienice, grunty po dawnych zakładach. Po latach stały się fundamentem całych fortun.

Adam pochylił się nad mapą. Rozpoznawał miejsca. Za dobrze.

— To dlatego rodzina Waneckich tak błyskawicznie się wzbogaciła — ciągnął stary. — Oficjalnie dzięki talentowi inwestycyjnemu. Nieoficjalnie dzięki pieniądzom, które najpierw ukradły państwo, a potem odkupiły od niego najlepsze kawałki miasta. To samo z Sawickim. Jego majątek ukryty w funduszach powierniczych. Uśpione spółki, podstawieni zarządcy, beneficjenci końcowi schowani za trzema jurysdykcjami i czterema kancelariami.

Zaleska wzięła jeden z arkuszy i przytrzymała zdrową dłonią przy stole.

— Masz nazwiska pełnomocników?

— W części. W pełni są na kompletnym zestawie.

— Czyli nie tutaj.

Zieliński spojrzał na nią chłodno.

— Gdybym trzymał wszystko w jednym miejscu, nie dożyłbym emerytury.

Adam wpatrywał się w jedną zaznaczoną działkę przy centrum. Numer. Data zakupu. Spółka słup. Potem kolejna spółka. Potem fundusz. Potem nazwa, którą znał z inwestycji Waneckiej. Linia była prosta aż do obrzydzenia. Tylko trzeba ją było zobaczyć. Przez lata nikt nie patrzył odpowiednio długo albo patrzył za odpowiednią cenę.

— A mój ojciec?

Zieliński wyjął z teczki kartę z tabelą. Położył ją przed Adamem.

Przy jednym z wierszy widniał skrót nazwiska Borowskiego. Dalej daty. Potem oznaczenia przelewów. Potem notatka ręczna: „koordynacja / osłona polityczna / dostęp opozycyjny".

Adam patrzył na papier i czuł, jak gardło robi mu się twarde.

— Tadeusz był użyteczny, bo miał wejście do dwóch światów naraz — powiedział Zieliński. — I to jest najgorszy rodzaj użyteczności.

Jakub poruszył się na krześle. Za szybko. Adam nie zdążył złapać sensu. Tylko fakt. Był między nimi jakiś obieg sygnałów. Drobny. Lepki. Zły.

— Skąd pan to wszystko ma?

— Bo mój zawód polegał na tym, żeby wiedzieć, co zakopać, a potem pamiętać, gdzie. — Stary zwinął jeden z rogów mapy, który sam chciał się podnieść. — Nie wszyscy archiwiści służą dokumentom. Niektórzy służą chwili, w której dokumenty staną się bronią.

Kominek strzelił znowu. Zaleska oddychała płycej niż wcześniej. Krew na jej opatrunku rozlała się szerzej.

I wtedy Adam usłyszał skrzypnięcie.

Nie z kominka. Nie z własnego krzesła. Z korytarza za drzwiami.

Podłoga odezwała się krótko. Jedna deska. Ciężar człowieka albo kilku ludzi, którzy zapomnieli, że stare domy rozmawiają zbyt głośno.

Adam uniósł głowę.

Zieliński też. Tyle że za późno i jakoś bez zaskoczenia. To właśnie uderzyło najmocniej. Brak zdziwienia.

Zaleska już sięgała pod płaszcz.

— Nie ruszaj się — powiedział Adam do nikogo konkretnego.

Klamka drgnęła.

Potem drzwi wpadły do środka z hukiem drewna i metalu.

Do salonu weszła Anna Czarnecka.

Nie wbiegła. Weszła szybko, ale równo, z pistoletem w obu dłoniach, w ciemnej kurtce, z wodą na ramionach i twarzą zimną jak instrukcja użycia. Za nią wlało się trzech uzbrojonych mężczyzn. Jeden w prawo. Jeden w lewo. Trzeci przy wejściu. Ćwiczone ruchy. Żadnych ozdób. Po prostu robota.

Adam zdążył tylko spojrzeć na Jakuba.

Brat już się cofał. Nie do nich. Pod ścianę. Jak człowiek, który znał plan wejścia lepiej niż reszta pokoju.

Anna nawet na niego nie spojrzała.

— Dziękuję, Jakub — powiedziała.

Te dwa słowa zrobiły więcej szkody niż wyważone drzwi.

Potem wszystko przyspieszyło.

Zaleska wyciągnęła broń szybciej, niż człowiek z raną w barku powinien móc. Strzeliła pierwsza. Huk w małym pokoju był niemal fizyczny. Jedna z filiżanek eksplodowała na stole. Porcelana i herbata prysnęły Adamowi na rękaw.

Odpowiedzieli natychmiast.

Pierwsza kula weszła w ścianę nad kominkiem. Drewno prysło drzazgami. Druga rozbiła lampę przy fotelu. Światło zamigotało dziko. Trzecia trafiła w półkę z książkami. Tomy posypały się na podłogę jak spóźnione argumenty.

Adam przewrócił stół bokiem i rzucił się za niego, porywając przy tym część papierów. Mapy rozdarły się pod jego dłonią. Jakub przyciskał się do ściany z rękami na karku.

Anna przesunęła się przy framudze.

— Żywy, jeśli się da! Reszta bez znaczenia!

Zaleska wychyliła się zza przewróconego stołu i oddała dwa kolejne strzały. Jeden z ludzi Anny odskoczył z sykiem. Drugi wypruł serię z krótkiej broni. Kule poszły nisko, dziurawiąc front kredensu i nogi krzeseł.

Adam zobaczył, jak Zaleska szarpnęła barkiem.

Trafili ją znowu.

Nie krzyknęła. Tylko cofnęła się pół kroku, zęby zacisnęły jej się tak mocno, że mięsień przy szczęce drgał. Krew uderzyła przez opatrunek świeżym, ciemnym kwiatem.

— Maria!

— Żyję! — odgryzła.

Zieliński nie zdążył paść nisko dość szybko. Stał przy stole przez ułamek sekundy za długo — człowiek od akt, nie od ostrzału. Kula trafiła go w bok. Szarpnęła nim brutalnie. Stary archiwista uderzył o kant kredensu, potem osunął się na podłogę wśród rozsypanych papierów.

Adam zaklął i puścił się ku niemu.

Anna dostrzegła ruch.

— Borowski! Nie rób z siebie bohatera!

Nie słuchał.

Zieliński leżał krzywo, z jedną nogą pod sobą i dłonią przyciśniętą do boku, z którego krew szła już ciężko i pewnie. Papier pod nim pił ją łapczywie. Wykresy przepływów wreszcie dostały właściwy kolor.

Adam dopadł do niego na kolanach. Deski podłogi były śliskie od herbaty, krwi i porcelanowego pyłu. Nad nimi przeszła kolejna seria. Kule wbiły się w regał i ścianę. Jedna gwizdnęła tak blisko, że poczuł jej przejście przy skroni jak zimny paznokieć.

Zieliński otworzył oczy szerzej, kiedy Adam chwycił go pod kark.

— Nie umieraj mi teraz. Gdzie jest reszta?

Stary parsknął czymś, co mogło być śmiechem, a mogło tylko resztką powietrza.

Potem nagle złapał Adama za kołnierz z siłą, której nie powinien już mieć. Przyciągnął go nisko, prawie do samej twarzy. Pachniał herbatą, krwią i starym dymem.

— W fundamentach... — wyszeptał.

Adam pochylił się jeszcze bardziej. Huk strzałów zrobił się odleglejszy tylko dlatego, że teraz liczyło się jedno zdanie.

— Gdzie?

— Gdzie wszystko się zaczęło... — Zieliński łapał oddech krótkimi, urywanymi szarpnięciami. — Wschodnie skrzydło Wieży Waneckiej... tam jest cała lista.

Palce zaciskające kołnierz poluzowały się na moment. Oczy starego zaszły mlecznym zmęczeniem. Adam widział to wcześniej. U Kamila. U ludzi, którzy przestają należeć do rozmowy sekundę przed ciałem.

— Jak się tam dostać?

Zieliński poruszył ustami. Bez dźwięku. Potem uniósł drżący palec w bok.

Nie na dokumenty. Nie na stół.

Na biblioteczkę.

Adam spojrzał tam. Wielki regał wbity w ścianę. Książki, segregatory, kilka ramek. A potem zobaczył szczelinę przy listwie. Cień za cieniem.

— Kurwa.

— Borowski! — wydarła się Zaleska.

Stała półzgięta przy przewróconym stole, z pistoletem w zdrowej ręce, drugą dociskając rozkwitające ramię. Twarz białą. Oczy nie — oczy dalej robocze. Oddała strzał w stronę drzwi i cofnęła się o krok.

Anna przesunęła się do środka pokoju, niżej, bliżej. Jeden z jej ludzi obchodził bokiem kominek.

Nie było czasu.

Adam puścił kołnierz Zielińskiego, chwycił krawędź biblioteczki i szarpnął. Regał ani drgnął. Za ciężki. Wbił but w dolną listwę, poprawił chwyt i pociągnął całym ciałem. Drewno jęknęło. Coś puściło. Biblioteczka odsunęła się od ściany na kilka centymetrów.

Za nią było wąskie przejście.

Ciemne. Niskie. Pachnące wilgocią i ziemią.

— Maria!

Zaleska nie pytała. Odepchnęła przewrócone krzesło nogą i ruszyła ku niemu, ale chwiała się wyraźnie. Kolejny strzał roztrzaskał nad nią resztki półki.

Jakub oderwał się od ściany.

— Adam! Czekaj!

Adam spojrzał tylko raz.

Brat stał dwa kroki od wyjścia, blady, z rękami pustymi i twarzą rozdartą między paniką a czymś, co mogło być spóźnionym żalem. Anna dopadła go od boku i złapała twardo za ramię, ściągając go z linii ognia jak własność, nie człowieka.

— Zostaw! — syknął Jakub.

— Za późno na teatr — odparła zimno.

Zaleska prawie wpadła Adamowi w ręce. Złapał ją pod zdrowym barkiem i wciągnął do przejścia. Była cięższa, niż wyglądała. Nie z budowy — z osłabienia. Ciało zawsze waży więcej, kiedy przestaje z nim współpracować.

Za ich plecami Anna krzyknęła:

— Za nimi!

Adam kopnął biblioteczkę z powrotem. Drewno wróciło z głuchym trzaskiem. W tej samej sekundzie seria z broni automatycznej rozdarła powietrze po drugiej stronie. Pociski przeszły przez regał, książki i cienką ścianę z tępym, brutalnym rytmem. Drzazgi prysnęły do tunelu.

Potem zapadła ciemność.

Adam już wyciągał telefon. Latarka z ekranu dała wąski, zimny stożek światła. Ściany tunelu były betonowe tylko miejscami. Dalej przechodziły w surową cegłę, wilgotną, porośniętą ciemnym nalotem. Woda sączyła się po fugach cienkimi, błyszczącymi liniami. Sufit był niski. Rury szły pod nim jak stare nerwy domu.

— Idziemy.

Zaleska skinęła głową, ale nogi miała coraz mniej własne. Oparła się o ścianę i zacisnęła palce na krwawiącym ramieniu.

— Jak źle?

— Źle wystarczająco. Nie filozofuj.

Ruszyli. Adam półciągnął ją, półprowadził. Tunel szedł najpierw prosto, potem łamał się w lewo. Powietrze było zimne, ciężkie, pachniało gliną i rdzą. Za ścianą, gdzieś daleko, wciąż słychać było przytłumione uderzenia i głosy. Ludzie Anny szukali wejścia.

Telefon ślizgał się Adamowi w dłoni. Światło drżało na ścianach. Każda kałuża wyglądała jak dziura. Każdy zakręt jak możliwość, że za nim stoi już ktoś inny.

Zaleska potknęła się o nierówny próg i zawisła na nim całym ciężarem.

— Maria.

— Żyję. Nie nadużywaj tematu.

Szli dalej.

Po kilkunastu metrach tunel zwęził się jeszcze bardziej. Adam musiał iść bokiem, żeby przeprowadzić ją obok wystającej rury. Krew sączyła się między jej palcami i kapała na podłogę w ciemne, nieregularne punkty.

— Twój brat... — zaczęła z trudem.

Adam nie odpowiedział od razu. Czekał, aż powie resztę.

— Twój brat znowu nas zdradził.

Słowo „znowu" zabrzmiało tu wyjątkowo uczciwie.

— Wiem.

— Nie wyglądałeś... zaskoczonego.

— Bo już zużyłem limit.

Zaleska kaszlnęła krótko. Nie ze śmiechu. Z bólu.

— Ładna rodzina.

— Nie sądzę, żeby miał wybór — powiedział Adam po chwili. Twardo, jak fakt, nie usprawiedliwienie.

— Zawsze jest wybór.

— Tak. Między złym a gorszym. Kuba ma talent wybierać dokładnie w środku.

Tunel zaczął piąć się lekko w górę. Powietrze zrobiło się chłodniejsze. Światło telefonu złapało zarys niskiej drewnianej furtki obrośniętej od zewnątrz korzeniami i krzakami, zamaskowanej tak dobrze, że z lasu wyglądałaby jak kawałek mokrej ziemi. Pchnął. Nie ustąpiła. Pociągnął zasuwę. Dopiero wtedy puściła z mokrym mlaśnięciem.

Na zewnątrz czekał deszcz.

Wyszli w zarośla kilkaset metrów od domu. Drzewa stały gęsto. Gdzieś przez pnie prześwitywało słabe światło domu Zielińskiego.

Deszcz uderzył Adamowi w twarz. Dobrze. Żywi dalej czuli pogodę.

— Dasz radę?

Zaleska skinęła raz. Kłamstwo było słabe, ale użyteczne.

Przerzucił jej zdrową rękę sobie przez szyję i ruszyli przez las w stronę samochodu. Błoto wciągało buty. Gałęzie smagały po twarzy.

Samochód stał tam, gdzie go zostawili, czarny od błota i nocy, prawie niewidoczny między drzewami.

Adam doprowadził Zaleską do drzwi pasażera i posadził ją do środka. Oparła głowę o zagłówek na sekundę za długo. Potem otworzyła oczy i od razu próbowała sięgnąć po broń.

— Zostaw.

— Nie lubię zostawiać.

— Dziś polubisz.

Obszedł maskę, wrzucił telefon na deskę, sięgnął po apteczkę z tylnego siedzenia i wrócił do niej. W środku pachniało wilgocią, plastikiem i krwią. Jego ręce były stabilne. To musiało wystarczyć.

Rozciął nożyczkami resztki opatrunku. Gaza odkleiła się od rany niechętnie. Zaleska syknęła przez zęby i odwróciła twarz ku szybie. Deszcz płynął po niej grubymi liniami, zamazując las w czarną plamę.

— Weszło i wyszło?

— Gdybym wiedziała, sama bym sobie zrobiła raport.

— Pytam, bo nie mam tomografu.

— Brakuje ci paru innych rzeczy też.

— Zostawmy listę na później.

Przemył ranę wodą z butelki i tym, co zostało z odkażającego. Krew spływała po jej skórze cieplej niż deszcz. Zaleska zacisnęła zdrową dłoń na brzegu siedzenia tak mocno, że pobielały jej knykcie.

— Powiedz mi coś miłego — mruknęła.

— Nie straciłaś ręki.

— Jak na ciebie to prawie flirt.

Założył świeżą gazę, docisnął bandaż mocno. Nie protestowała. To było gorsze niż protest.

Kiedy skończył, usiadł za kierownicą i przez chwilę tylko oddychał. Deszcz walił w dach. Drzewa skrzypiały na wietrze. Gdzieś daleko, od strony domu, poszedł przytłumiony huk. Nie strzał. Coś cięższego. Może drzwi. Może drewno poddające się ogniowi.

Włączył radio.

Przez moment szum i urywki stacji. Potem serwis informacyjny. Głos spikera brzmiał świeżo, gładko i obrzydliwie wypoczęcie.

— ...Kandydat na urząd prezydenta Karol Sawicki odniósł się dziś wieczorem do narastających zagrożeń dla bezpieczeństwa państwa...

Adam podgłośnił.

Głos Sawickiego wszedł zaraz potem. Ciepły. Ludowy. Ustawiony dokładnie na częstotliwość starszych ciotek i młodych gniewnych.

— ...Moi drodzy, dziś Polska znów jest atakowana nie przez otwartych wrogów, lecz przez skorumpowane elementy próbujące podważyć naszą suwerenność od środka. Nie pozwolimy, by ci, którzy latami żerowali na państwie, zniszczyli dorobek zwykłych obywateli...

Adam czuł, jak coś twardego rośnie mu pod mostkiem. Sawicki nawet teraz nie mówił wprost. Nie musiał. Wystarczało parę słów: „skorumpowane elementy", „atak od środka", „obrona suwerenności". Język idealny do polowania. Elastyczny jak kabel i równie użyteczny.

Spiker wrócił po fragmencie przemówienia.

— ...Najnowsze sondaże pokazują wzrost poparcia dla Karola Sawickiego o cztery punkty procentowe po dzisiejszym wystąpieniu...

Adam uderzył dłonią w kierownicę.

Raz. Twardo.

— Skurwysyn.

Zaleska otworzyła oczy.

— To działa — mruknęła.

— Oczywiście, że działa. Zawsze działa. Facet sam stoi na górze szamba i opowiada ludziom, że czuje obcy zapach.

— Mów ciszej albo zaczniesz brzmieć jak wyborca.

Adam wyłączył radio ruchem gwałtowniejszym, niż wymagał przycisk. W samochodzie znowu został tylko deszcz i ich oddechy.

Przez chwilę patrzył w szybę przed sobą. Widział w niej własne odbicie. Zmęczoną twarz, cień zarostu, oczy starsze o kilka życiorysów niż rano.

— Musimy dostać się do Wieży Waneckiej — powiedział.

-e