Rozdział 9
Adam wpadł do garażu tak, jak wpada się w cudzą pułapkę: za szybko, zbyt późno i z nadzieją gorszego sortu. Beton oddał mu oddech chłodem i echem. Niskie lampy świeciły brudnym żółtym światłem. Między filarami leżały długie cienie. Pachniało benzyną i hamulcami.
Jakub stał przy ciemnym kombi, plecami przygnieciony do drzwi pasażera. Nie był związany. Nie musieli go wiązać. Wystarczył układ ludzi wokół niego.
Anna Czarnecka stała trzy metry dalej. Nieruchoma. Ręce nisko. Pistolet w dłoni tak naturalnie, jakby był kolejnym palcem. Po bokach dwóch ochroniarzy. Jeden przy filarze. Drugi za maską auta. Wszyscy ustawieni tak, żeby Jakub nie miał dokąd pójść i żeby Adam od razu zrozumiał, co tu jest stawką.
Jakub zobaczył go pierwszy.
Adam spodziewał się ulgi. Strachu. Czegokolwiek, co przypominałoby brata, którego wyciągał z długów, z knajp, z głupich pomysłów.
Zobaczył wstyd.
To było gorsze.
— Adam, nie— zaczął Jakub.
Anna lekko uniosła broń.
— Ani kroku. Jeszcze można to zrobić spokojnie.
Zaleska weszła w garaż pół kroku za Adamem i od razu wyszła z cienia. Twarz białą od bólu, jedno ramię sztywniejsze, ale Glock trzymała pewnie. Nie celowała w Annę. Celowała w przestrzeń pomiędzy. W miejsce, gdzie człowiek podejmował złą decyzję.
— „Spokojnie" już było — powiedziała. — Nie sprzedało się.
Ochroniarz przy filarze przesunął stopę. Drobny ruch. Tyle wystarczyło.
Pierwszy strzał huknął z lewej.
Potem wszystko zrobiło się krótkie i ostre.
Zaleska odpowiedziała od razu. Huk odbił się od stropu tak mocno, że Adam poczuł go w zębach. Pocisk uderzył w lusterko stojącego obok sedana. Szkło eksplodowało srebrnym pyłem. Alarm zawył gdzieś z przodu. Potem drugi. Potem trzeci, bo w garażach jeden strzał zwykle budził elektronikę lepiej niż ludzi.
— Padnij! — syknęła Zaleska.
Adam już był w ruchu. Skoczył za niski betonowy odbojnik przy filarze, prześliznął się po posadzce kolanem i usłyszał, jak coś twardego odbija się od karoserii nad jego głową. Metal zadzwonił głucho.
Anna nie krzyczała. To też było zawodowe.
— Lewa strona! Trzymać wyjście! — rzuciła chłodno.
Zaleska przyklękła przy tylnym kole vana, zaciskając zęby przy każdym ruchu chorego ramienia. Strzeliła dwa razy krótko. Kontrolowanie. Po to, żeby przygwoździć.
Adam wychylił się na sekundę.
Jakub skulił się przy aucie, ręce przy głowie. Anna obróciła głowę minimalnie — wydała kolejny rozkaz ochroniarzowi. W tym jednym ruchu powstała szczelina.
Adam ruszył.
Przebiegł między dwoma samochodami, zgięty wpół, z ręką ślizgającą się po błotniku. Pocisk trzasnął w maskę po jego prawej. Iskry skoczyły spod lakieru. Coś gorącego musnęło mu policzek.
Dopadł do Jakuba i chwycił go za kołnierz płaszcza.
— Rusz się!
Jakub patrzył na niego szeroko otwartymi oczami, a w tych oczach nie było wdzięczności. Było coś, co Adam znał za dobrze z luster.
Poczucie, że już się nie wróci do wcześniejszej wersji siebie.
— Adam — powiedział Jakub zdławionym głosem. — Ja nie...
Kolejny strzał przeciął zdanie. Tylna szyba kombi obok nich rozsypała się do środka. Odłamki poszły po karku i rękawie.
Zaleska wydarła się zza vana:
— Mam ich tylko na chwilę!
Adam pociągnął brata niżej, wciskając go między auto a filar. Sam przyklęknął obok. Alarmy. Huk butów po betonie. Ktoś poślizgnął się na odłamkach szkła i zaklął.
Jakub zacisnął dłonie tak mocno, że pobielały mu kostki.
— Muszę ci powiedzieć— wyszeptał.
Adam spojrzał na niego krótko. Tyle, ile dawał człowiekowi sekundę pod ostrzałem.
— To nie jest moment.
— Właśnie że tak.
Głos Jakuba drżał. Nie od zimna. Od tego samego wstydu, który Adam zobaczył w pierwszej sekundzie.
— Pracowałem dla Waneckiej. Donosiłem jej o tobie.
Adam nie zrozumiał od razu. Słowa przyszły czysto, ale sens ugrzązł gdzieś po drodze między uchem a sercem.
— Co?
— O tobie. Gdzie jesteś. Z kim się spotykasz. Co sprawdzasz. — Jakub oddychał szybko, urywanie. — Mówili, że cię zabiją, jeśli im nie pomogę.
Tym razem grunt naprawdę się usunął. Krótki spadek pod żebrami. Pustka w brzuchu. Ułamek sekundy, w którym nogi nie wierzyły podłodze.
To dlatego Wiktoria wiedziała za dużo. Dlatego telefony przychodziły za wcześnie. Dlatego spotkania nigdy nie były już tylko jego. Nie dlatego, że byli wszechmocni. Dlatego, że mieli wejście boczne. Rodzinne.
Jakub spuścił wzrok.
— Na początku myślałem, że chcą tylko wiedzieć, czy nie pakujesz się w coś politycznego. Potem już nie mogłem wyjść. Mieli moje długi. Nazwiska. Wszystko. Potem pokazali mi twoje zdjęcie. Powiedzieli, że jak przestanę mówić, znikniesz.
Adam poczuł, jak coś czarnego podnosi mu się pod gardło. Zdrada miała zwykle smak metalu. Ta miała smak własnego nazwiska.
— Od kiedy?
— Od miesięcy.
To słowo zrobiło więcej szkody niż wszystkie strzały w garażu.
Miesiące. Każda rozmowa z Jakubem. Każda przysługa. Każde „słuchaj, tylko szybko". Każde spojrzenie, które brał za panikę młodszego brata, a które mogło być już rachunkiem wysyłanym gdzie indziej.
Adam chciał go uderzyć. Złapać za twarz. Zamiast tego ścisnął kołnierz płaszcza mocniej i przyciągnął go do siebie.
— Jeśli przeżyjemy, to będziesz mówił długo.
Jakub skinął raz. Jak skazaniec, który właśnie dostał odroczenie, nie łaskę.
Po drugiej stronie auta rozległ się krzyk Anny. Nie spanikowany. Ostry.
— Staruszkowie aktywowali wszystkie swoje aktywa! Koniec miękkiej gry! Zamknąć ich!
Adam zamarł na pół sekundy. Staruszkowie. Starzy gracze z Victorii. Ludzie ojców. Ludzie, którzy przeżyli zmianę ustroju jak zmianę marynarki i najwyraźniej właśnie wyciągnęli wszystkie stare kontakty z sejfu.
Zaleska odpowiedziała ogniem. Dwa szybkie strzały. Ochroniarz przy filarze cofnął się z sykiem.
— Borowski! Wyjście ewakuacyjne za rampą!
Adam wychylił się. Zobaczył czerwone światło nad stalowymi drzwiami po drugiej stronie garażu. Pomiędzy nimi trzy samochody, otwarta przestrzeń i Anna zmieniająca pozycję.
— Biegniesz pierwszy — powiedział do Jakuba.
— Nie zostawię cię.
— Nie drażnij mnie teraz.
Jakub przełknął i skinął.
Zaleska wysunęła się zza vana, mimo że rana musiała palić ją jak rozżarzony drut. Widać to było po sztywności barków. Nie po twarzy.
— Na trzy!
Jakub wyrwał pierwszy. Biegł pochylony, nierówno. Adam ruszył zaraz za nim. Zaleska została pół kroku dłużej i przykryła ich ogniem.
Pociski zaczęły walić po garażu z nową wściekłością. Jeden trafił w reflektor auta. Szkło i plastik wybuchły białym błyskiem. Drugi wszedł w beton przy drzwiach, sypiąc pyłem. Trzeci przeciął powietrze tak blisko ucha Adama, że przez sekundę słyszał tylko pisk.
Jakub potknął się przy zderzaku srebrnego sedana. Adam złapał go za kark i praktycznie cisnął dalej. Wbili się w bok rampy i dopadli do drzwi.
Zaleska dobiegła ostatnia. Twarz bladą, oddech krótki, ale pistolet nadal uniesiony.
Anna wyszła zza filaru właśnie wtedy. W świetle alarmowych lamp wyglądała jak wycięta z ciemnego metalu. Nie strzelała. Patrzyła.
— Adam! To już nie jest sprawa twojego ojca! To jest czyszczenie całej planszy!
Brzmiało to bardziej jak ostrzeżenie niż groźba. To właśnie było najgorsze.
Adam szarpnął klamkę. Zamknięte.
Jakub, trzęsącymi się rękami, dopadł do czerwonej skrzynki alarmowej przy ścianie i walnął w szybkę łokciem. Szkło pękło. Wcisnął dźwignię. Zamek puścił.
— Otwieraj! — wrzasnęła Zaleska.
Adam pchnął drzwi barkiem. Ustąpiły.
Wpadli w ciemną klatkę techniczną pachnącą kurzem i przewodami. Zaleska weszła tyłem, oddając jeszcze jeden strzał w stronę garażu. Potem zatrzasnęła ciężkie skrzydło.
Kule uderzyły w metal niemal od razu. Głucho. Wściekle.
Jakub osunął się na ścianę, dysząc. Adam stał nad nim przez sekundę. Chciał powiedzieć coś, co nadawałoby się do zapamiętania. Zamiast tego usłyszał własny głos, chropawy i obcy.
— Wstawaj.
Zaleska już ciągnęła ich dalej w dół schodów.
A Adam wiedział już jedno.
Wiktoria nie była o krok przed nim dlatego, że była genialna.
Była o krok przed nim, bo miała jego brata.
Schody techniczne wypluły ich na tyły magazynowego podwórza, dwa budynki dalej od garażu. Chłód uderzył ich od razu, ostry i czysty po betonie i prochu. Adam rozejrzał się raz. Tylko raz.
Przy rampie stał mały dostawczy hatchback z logo firmy serwisowej od wind. Silnik pracował. Kierowcy nie było. Pewnie wyskoczył zapalić albo sprawdzić hałas z garażu.
— Wsiadać — rzucił.
Zaleska nawet nie pytała. Wepchnęła Jakuba na tył, sama padła na fotel pasażera. Adam szarpnął drzwi kierowcy, wślizgnął się za kierownicę i wrzucił bieg. Auto pachniało kurzem i starym kebabem. Idealnie. Samochody uczciwych ludzi nigdy nie pachniały zwycięstwem.
Wyjechał z podwórza z piskiem opon.
Warszawa nocą była rozmazaną taśmą świateł. Wycieraczki pracowały na najwyższych obrotach. Reflektory cięły asfalt w krótkich, nerwowych błyskach. Adam prowadził agresywnie. Nie szybko dla popisu — szybko, bo każda sekunda w jednym miejscu wyglądała jak prośba o strzał.
W lusterku widział Jakuba.
Skulony na tylnym siedzeniu. Twarz bladą, oblepioną potem mimo chłodu. Oczy wbite gdzieś w podłogę. Brat wyglądał jak człowiek, który chciałby skurczyć się do rozmiaru własnej wymówki.
Adam odwrócił wzrok. Za długo patrzeć nie mógł.
Zaleska siedziała bokiem, jedną dłonią dociskając opatrunek, drugą trzymając telefon z podpiętą słuchawką. Nasłuchiwała policyjnych częstotliwości na czymś prywatnym, nie służbowym.
— Mów — rzucił Adam, biorąc ciasny zakręt tak ostro, że tylne koła zatańczyły.
— Już mówią o trzech zdarzeniach. Garaż. Dworzec. Poszukiwany pojazd bez numeru służbowego. To my.
— Miło, że wszystko porządkują.
— Mają blokady na Wisłostradzie i Trasie Łazienkowskiej.
Adam zaklął pod nosem. Dwie główne arterie odcięte.
— Mosty?
— Będą sprawdzać. Jeszcze nie wszędzie, ale zaraz tak.
Adam przeciął żółte światło na skrzyżowaniu.
W lusterku Jakub uniósł wzrok. Na sekundę ich oczy się spotkały.
Adam zobaczył w nich prośbę. Nie o wybaczenie. O odroczenie wyroku.
Odwrócił wzrok pierwszy.
— Kto cię prowadził? — zapytał chłodno, patrząc na drogę.
Jakub przełknął ślinę.
— Najpierw jeden człowiek od długów. Potem ludzie Anny. Potem już bezpośrednio ktoś od Waneckiej.
— Nazwisko.
— Nie podał. Mówił, że nie muszę wiedzieć.
— Oczywiście.
Zaleska odgarnęła włosy z czoła i słuchała radia w telefonie. Z głośniczka szedł urywany bełkot kodów i ulic. „Podejrzany". „Uzbrojony". „Praga". „Nie zatrzymywać samodzielnie".
— Skręć tu — powiedziała Zaleska nagle.
— Tam jest ślepa.
— Wiem. Za ślepą jest przejazd przez podwórko.
Zaufał. Znów ten sam parszywy mechanizm: nikomu nie ufał, ale paru osobom musiał trochę bardziej.
Skręcił gwałtownie w boczną uliczkę na Pradze. Wjechali między obdrapane kamienice. Samochód podskakiwał na nierównościach. Po lewej mignęła kapliczka za kratą. Po prawej brama z wybitym domofonem.
— Prosto. I przez podwórko.
— Żartujesz.
— Nie.
Adam zobaczył otwartą bramę dosłownie w ostatniej chwili. Wcisnął auto w przejazd tak ciasny, że lusterko otarło się o tynk z paskudnym zgrzytem. Wlecieli na ciemne podwórko pełne kontenerów i rozwalonego asfaltu. W świetle reflektorów śmietniki wyglądały jak przestraszeni świadkowie.
— Trzymaj się — mruknął.
Taranował pierwszy kontener z plastikiem. Poleciał na bok, rozsypując worki. Drugi rozbił zderzakiem. Coś twardego walnęło w podwozie. Jakub z tyłu przeklął.
Przecięli podwórko, wypadli przez rozchylone skrzydło bramy na kolejną uliczkę i dopiero tam Adam zgasił światła na dwie sekundy, tocząc się na pamięć i instynkt.
— Za starą fabrykę. Jeszcze kawałek. Potem lewo.
Stara fabryka była jedną z tych warszawskich ruin, których nikt nie rozebrał, bo nie zdążył jeszcze dobrze sprzedać działki. Adam wcisnął samochód w zaułek za budynkiem. Zgasił silnik.
Nagle zrobiło się cicho.
Nie naprawdę. Gdzieś daleko wyła syrena. Ale po garażu, alarmach i pościgu ta cisza miała ciężar.
Adam oparł czoło na sekundę o kierownicę. Tylko na sekundę. Potem podniósł głowę.
— Kim są ci „staruszkowie"?
Zaleska patrzyła w szybę.
— Byli oficerowie SB ze zdjęcia w Victorii. Ludzie, którzy nigdy oficjalnie nie stracili władzy.
Adam poczuł, jak te słowa siadają obok innych. Ojciec. Victoria. Beton. Jakub. To żyło. Pracowało. Wydawało rozkazy.
W lusterku zobaczył znów twarz brata.
Tym razem Jakub nie odwrócił wzroku.
Kawalerka na Pradze pachniała stęchlizną, kurzem i nieobecnością. Meble stały pod prześcieradłami. W przedpokoju leżał zrolowany dywan. W kuchni stały dwa kubki i jedna czysta szklanka — właściciel zakładał, że goście będą przychodzić pojedynczo i w złych sprawach.
Zaleska otworzyła drzwi własnym kluczem.
Weszli bez słowa. Jakub zamknął za sobą drzwi ciszej, niż zwykle robił cokolwiek.
Jedyny odsłonięty mebel w pokoju był niski stół przy oknie i rozkładana kanapa z kocem złożonym w kostkę. Na ścianie wisiał kalendarz sprzed dwóch lat. Za szybą latarnia na rogu rozmywała ciemność w długie, brudne nitki.
Adam podszedł do okna i został tam. Nie dlatego, że widok coś dawał — dlatego, że szyba wyznaczała prostą granicę. Tu on. Tam miasto.
Za plecami usłyszał szelest kurtki Jakuba.
— Adam, ja—
Uniósł dłoń. Nie odwracając się.
Wystarczyło.
Zaleska usiadła przy stole, wyjęła apteczkę i zaczęła zmieniać opatrunek. Robiła to sama, bez słów i bez grymasów.
Adam patrzył na ulicę i nagle zobaczył nie ją.
Zobaczył kuchnię z dzieciństwa. Tę sprzed przeprowadzki. Mniejszą. Z brązową boazerią do połowy ściany i zegarem, który tykał głośniej nocą. Ojciec stał przy blacie w samej koszuli i odbierał telefon po północy. Głos miał ściszony tak, jak ścisza się radio przy złych wiadomościach. Adam pamiętał tylko sylwetkę w drzwiach. Profil. Papierosa żarzącego się na czerwono. „Nie przez telefon" — powiedział wtedy ojciec. Potem zauważył syna i od razu się uśmiechnął. Za szybko. „Idź spać."
Wtedy nic to nie znaczyło. Teraz znaczyło wszystko.
Mrugnął. Za szybą wróciła Praga.
Potem następna migawka.
Drzwi gabinetu ojca, zawsze zamknięte trochę mocniej niż inne. Szpara światła pod spodem. Głosy — nie kłótnia, gorzej. Szept rozmów, w których każde słowo ważyło za dużo, by wypowiedzieć je normalnie. Matka przechodząca korytarzem z twarzą ustawioną na obojętność. „Tata pracuje." W tle dźwięk kieliszków. Mężczyzna, który wyszedł stamtąd godzinę później i pogłaskał Adama po głowie ręką pachnącą drogą wodą kolońską i tytoniem.
Nigdy nie zapytał, kim był.
Wiedział już, dlaczego.
Koperta.
Pojawiła się w pamięci z brutalną ostrością. Gruba. Biała. Bez znaczka. Ojciec położył ją kiedyś w szufladzie kredensu, myśląc, że nikt nie widzi. Adam widział, bo dzieci widzą z poziomu stołu rzeczy, których dorośli nie liczą. Potem matka wyjęła z tej samej szuflady plik banknotów. Nie przeliczała przy nim. Schowała. Tydzień później w domu pojawił się nowy telewizor.
Ogromny pluszowy miś dla Jakuba. Za duży jak na zwykły prezent. Potem zagraniczny magnetowid. Potem zegarek dla matki. „Od znajomych" — mówił ojciec. Jakich znajomych? Takich, którzy nie przychodzili frontowymi drzwiami, a jeśli już, to zawsze wieczorem.
Nowy samochód na podjeździe. Ojciec stał przy masce z rękami w kieszeniach. Matka była zadowolona tylko połowicznie. Adam pamiętał to dopiero teraz. Wtedy myślał, że dorośli po prostu nigdy nie cieszą się do końca.
Wakacje we Włoszech. Słońce na zbyt białych ścianach hotelu. Ojciec rozmawiający z jakimś mężczyzną po polsku, ale tonem zupełnie nieurlopowym. Adam z Jakubem jedzący lody. Matka paląca jednego papierosa za drugim na balkonie, chociaż zwykle paliła rzadziej. „Tata ma ważne sprawy."
Przeprowadzka do większego domu. Nagle. Bez długich przygotowań. Lepsza dzielnica. Więcej przestrzeni i mniej pytań przy stole. Adam pamiętał własny zachwyt. Schody. Ogród. Pokój, który nie musiał dzielić z bratem. Pamiętał też ojca, coraz częściej nieobecnego nawet wtedy, gdy siedział obok.
A potem rok 1995.
Jak nożyczki.
Wszystko zniknęło prawie równie szybko, jak przyszło. Dom przestał być ich. Samochód też. Ludzie od „ważnych spraw" przestali dzwonić. Prezenty wyschły. Została matka, dwa rachunki za dużo i wersja o wypadku, którą trzeba było powtarzać, żeby przeżyć. Adam pamiętał tamten czas nie jako żałobę, tylko skurczenie. Jakby ktoś zwijał ich życie metr po metrze.
Dopiero teraz widział prawdziwy wzór.
Nie awans. Nie szczęście. Nie zaradność ojca.
Pieniądze układu. Potem ich nagłe odcięcie.
Odwrócił się od okna tak gwałtownie, że Jakub drgnął na kanapie.
— Mój ojciec nie był bohaterem opozycji — powiedział cicho.
Nikt mu nie przerwał.
— Był częścią układu. Częścią Projektu Beton.
Jakub spuścił głowę.
Zaleska dokończyła bandaż, zacisnęła go zębami i skinęła głową.
— Wielu z nich było. Granica między bohaterem a zdrajcą była cieńsza, niż nam się wydaje.
Adam prychnął krótko.
— Cieńsza? U mnie wygląda raczej jak drzwi obrotowe.
— Bo patrzysz z końca historii. Oni żyli w środku niej. Część weszła w układ dla kariery. Część dla pieniędzy. Część dla strachu. Część naprawdę myślała, że da się brudnymi rękami dowieźć czysty wynik.
— I jak im poszło?
— Jesteśmy na Pradze w pustej kawalerce, ściga nas pół miasta, a twój brat pracował dla kobiety z listy. Jak myślisz?
Adam usiadł wreszcie na krześle przy oknie. Drewno zaskrzypiało. Czuł zmęczenie dopiero teraz, kiedy przestał biec. Nie w mięśniach. Głębiej.
Jakub odezwał się ostrożnie.
— Ja nie wiedziałem o twoim ojcu. Przysięgam.
Adam spojrzał na niego. Długo.
— To cię akurat ratuje najmniej.
Jakub skinął tylko głową.
Telefon Zaleskiej zawibrował inaczej niż zwykłe telefony. Krótko. Podwójnie. Bez dźwięku.
Maria spojrzała na ekran i Adam od razu zobaczył zmianę. Mięśnie przy ustach stwardniały, oczy zrobiły się jeszcze węższe.
— Co?
Wystukała kod, potem drugi, przesunęła palcem po ciemnym interfejsie i odwróciła telefon do niego.
— Mam identyfikację czwartego mężczyzny ze zdjęcia w Victorii.
Na ekranie było zdjęcie z policyjnej bazy. Stary mężczyzna w płaszczu, twarz pocięta zmarszczkami jak źle składany dokument. W oczach nic.
MAREK ZIELIŃSKI
BYŁY ARCHIWISTA SB
STATUS: ŻYJE
MIEJSCE POBYTU: ODLUDZIE POD WARSZAWĄ
— Archiwista.
— Tak. Nie człowiek od ulicy. Nie wykonawca. Pamięć instytucji.
To brzmiało prawie gorzej niż „oficer". Archiwista nie musiał nikogo bić. Wystarczyło, że wiedział, co zostawić, co schować i komu pokazać po latach.
— Jeśli był archiwistą SB — powiedział Adam — może wiedzieć wszystko o Liście Beton.
— I o twoim ojcu — dodała Zaleska.
Z szafki w kuchni wyjęła złożoną mapę Mazowsza. Papier stary, ale aktualizowany markerem. Ktoś wcześniej zaznaczał na niej objazdy, boczne drogi, stacje benzynowe otwarte nocą.
Rozłożyli mapę na stole.
— Tu — powiedziała Zaleska, wskazując palcem punkt pod Warszawą. — Wieś przy starej trasie. Las. Kilka domów. Zieliński siedzi na uboczu.
— Główne drogi odpadają.
— Musimy wyjść bokiem. Przez Pragę, potem niżej, potem lokalnymi. Wolniej, ale bez kamer na każdym skrzyżowaniu.
Jakub wskazał jedną z dróg ostrożnie.
— Tu jest skrót. Jechałem kiedyś z jednym deweloperem pod Legionowo. Mały mostek. Lokalny. Jeśli jeszcze go nie zamknęli.
Adam sprawdził przebieg drogi.
Zaleska skinęła.
— Dobrze. Sprawdzimy.
To był pierwszy raz od garażu, kiedy Jakub przyniósł coś użytecznego i nikt nie kazał mu zamilknąć.
Potem zaczęli szykować drogę.
Zaleska sprawdziła magazynek, wsunęła go z powrotem. Z szuflady kuchennej wydobyła latarkę, dwa zapasowe powerbanki i rolkę taśmy. Adam znalazł w szafie stary plecak. Wrzucił do niego butelkę wody, suchary, apteczkę, ładowarki. Ruchy miał oszczędne. Mechaniczne.
Jakub przyniósł z kuchni nóż, potem sam odłożył go z powrotem. W końcu zajął się najprostszym: napełnił butelki, zebrał mapę, spakował latarki. Pomoc techniczna po zdradzie.
Telefon Adama zadzwonił nagle tak ostro, że wszyscy troje zastygli.
Ewa.
Odebrał.
— Mów.
W tle usłyszał redakcyjny gwar. Telefony. Stukanie klawiatur.
— Ktoś cię wrobił, Adam. Wszystkie media pokazują twoje zdjęcie jako głównego podejrzanego w sprawie zabójstwa Kamila Nowaka.
Adam zamknął oczy na sekundę. Oczywiście.
— Jak źle?
— Źle jak na Polskę w sezonie politycznym. Czyli bardzo. Poszło zdjęcie z ministerstwa, stary kadr z kamer i twoje nazwisko pełnym drukiem. „Były pracownik ministerstwa". „Możliwe powiązania z nielegalnymi operacjami". „Brutalne morderstwo".
— Kto to puścił?
— Oficjalnie nikt. Praktycznie wszyscy. Masz przeciek z policji albo służb i centralne podbicie.
Adam spojrzał na Zaleską. Twarz jej stwardniała jeszcze bardziej.
— Możesz to przytrzymać?
Ewa zaśmiała się krótko. Bez humoru.
— Nie jestem bogiem, tylko dziennikarką z redakcji, która ledwo spina druk. Mogę próbować grzebać. Mogę ci też powiedzieć jedno: jeśli masz coś dużego, ruszaj przed świtem. Za godzinę będziesz miał twarz na każdej komendzie.
— Dzięki.
— Nie dziękuj. Wyjdź z tego żywy.
Rozłączył się.
Podszedł do starego telewizora, zrzucił z niego prześcieradło i wcisnął przycisk. Obraz wszedł z opóźnieniem.
Jego własna twarz wypełniła ekran.
Stare zdjęcie z ministerialnego identyfikatora. Krótsze włosy. Mniej zmęczenia. Ta sama twarz człowieka, który jeszcze nie wiedział, że odziedziczył od ojca nie tylko nazwisko, ale też rachunek.
Na dole czerwony pasek:
PILNE
Adam wyłączył telewizor.
— Musimy ruszać teraz.
Nikt nie zaprotestował.
Spojrzał na mapę. Na punkt pod Warszawą. Na nazwisko Zielińskiego.
Jakub podniósł plecak. Bez słowa podał go Adamowi. Ten wziął go po chwili, bez podziękowania.
Zaleska narzuciła płaszcz na świeży opatrunek.
Warszawa już miała jego twarz.
Teraz musiał znaleźć człowieka, który pamiętał jej prawdziwą.
-e