Rozdział 11
Targówek przyjął ich ciszą klatki schodowej i światłem z kuchni za firanką. Adam wbiegł na drugie piętro z Marią opartą o ramię, czując pod dłonią jej ciężar i wilgoć krwi, która zdążyła już przesiąknąć przez świeży bandaż. Kiedy Helena otworzyła drzwi, nie spytała o nic. Spojrzała raz na twarz syna, drugi raz na ranną kobietę, i odsunęła się z drogi tak, jakby od lat czekała na ten rodzaj pukania.
— Do kuchni — powiedziała tylko.
Mieszkanie pachniało kawą sprzed godziny, gotowaną kapustą. Zwykły zapach. Właśnie przez to wszystko wyglądało gorzej. Krew na rękawie Zaleskiej. Błoto na butach. Adam, który wprowadzał do domu matki ranną policjantkę jakby zapomniał, gdzie kończy się rodzina, a zaczyna obława.
Helena jednym ruchem zrzuciła ceratę z kuchennego stołu. Miska z jabłkami trafiła na parapet, chleb do szafki, solniczka pod ścianę. Żadnych pytań. Żadnego „Jezus Maria”. Tylko miejsce.
— Połóż ją.
Zaleska skrzywiła się.
— Sama usiądę.
— Nie obchodzi mnie duma, tylko krew — odparła Helena.
To akurat zatrzymało komisarz skuteczniej niż ton Adama przez całą drogę. Maria pozwoliła posadzić się na blacie stołu. Oparła zdrową rękę o krawędź, twarz miała bladą jak ściana nad kuchenką. Oczy nadal przytomne. Za twarde, żeby stracić przytomność z samej uprzejmości.
Helena już była przy szafce nad zlewem. Wyjęła starą metalową apteczkę z czerwonym krzyżem, który dawno spłowiał do brudnego różu. Potem kolejno: czyste ściereczki, spirytus, gazę, bandaż elastyczny, nożyczki, małą emaliowaną miskę. Wszystko z miejsc.
Adam patrzył i czuł, jak w głowie zaskakuje mu kolejny zły mechanizm. Matka nie szukała. Matka wiedziała.
— Kurtkę — rzuciła do Zaleskiej.
Maria zaczęła rozsuwać materiał przy chorym barku. Adam ruszył pomóc, ale komisarz odepchnęła go łokciem.
— Nie jestem porcelana.
— Dzisiaj trochę jesteś — powiedział.
— To nie jest flirt, Borowski.
— I dzięki Bogu.
Helena przecięła rękaw koszuli bez pytania. Materiał rozszedł się mokro. Rana pokazała się znowu. Czerwona, poszarpana, rozgrzana od ciała i złości. Nie wyglądała śmiertelnie. Wyglądała tak, żeby człowiek długo pamiętał, że śmierć stała obok i tylko źle policzyła.
Helena nalała spirytusu na gazę.
— Ugryź to — powiedziała, wciskając Zaleskiej zrolowaną ścierkę.
— Dziękuję, obywatelko pielęgniarko — mruknęła Maria.
— Nie dziękuj. Trzymaj.
Pierwszy dotyk spirytusu sprawił, że Zaleska wygięła plecy i syknęła tak ostro, że Adam sam poczuł ten ogień pod skórą. Zacisnęła zęby na ścierce. Dłoń na krawędzi stołu pobielała.
Helena pracowała dalej.
Czyściła ranę krótkimi, pewnymi ruchami. Bez czułości, ale też bez chaosu. Tamowała. Oceniała. Odcinała resztki starego opatrunku. Zakładała nowe warstwy gazy z dokładnością krawcowej, która poprawia ścieg tam, gdzie klient i tak nigdy nie zajrzy. Nic w niej nie było z przestraszonej starszej kobiety. W tej chwili wyglądała jak ktoś z własnym archiwum ran.
Adam stał przy zlewie, z rękami w krwi, i nagle zobaczył, ile jeszcze o niej nie wiedział. O ojcu już przestał liczyć. O matce dopiero zaczynał.
— Mamo — powiedział. — Skąd ty to umiesz?
Nie podniosła wzroku.
— Trzymaj lampę bliżej.
Posłuchał. Przesunął kuchenną lampkę tak, żeby światło lepiej padło na bark Zaleskiej. Helena przewiązała bandaż mocniej, sprawdziła ucisk palcami, poprawiła końcówkę.
— Skąd? — powtórzył Adam.
Wtedy odpowiedziała. Krótko. Jak zwykle wtedy, kiedy najwięcej miała do ukrycia.
— Stan wojenny.
Nie przestała pracować.
— Twój ojciec nie był jedynym, który wracał z dziurami.
To zdanie weszło w kuchnię ciężko i równo. Nie jak wyznanie. Jak mebel, który zawsze tu stał, tylko stał w ciemności.
Adam spojrzał na jej ręce. Małe. spracowane. zgrubiałe przy stawach. Te same ręce lepiły pierogi, szyły guziki, liczyły drobne do końca miesiąca. Te same teraz zaciskały bandaż na policyjnym barku z wprawą człowieka, który widział pałki, noże, szkło i może gorsze rzeczy, o których lepiej nie rozmawia się przy kuchennym stole.
— Nie mówiłaś.
— O wielu rzeczach nie mówiłam.
— To zaczyna być tradycja rodzinna.
Na moment spojrzała na niego spod siwych brwi. Zmęczenie miał w oczach, złość też, ale nie to ją zatrzymało. Zatrzymało ją chyba to, że wreszcie zobaczyła, jak bardzo syn stał się podobny do własnego ojca wtedy, kiedy próbował tego nie robić.
— Teraz nie czas na obrażanie przeszłości — powiedziała. — Teraz jest czas, żeby ona was nie zabiła.
Zaleska wyjęła ścierkę z ust. Była mokra od śliny i bólu.
— Miałam gorsze randki — powiedziała chrapliwie.
Helena zawiązała ostatni supeł.
— Nie po to cię łatałam, żebyś gadała głupoty.
Maria parsknęła czymś między śmiechem a kaszlem. To był dobry znak. Ludzie umierający zwykle nie mieli siły na złośliwości.
Helena odsunęła się o krok i obejrzała swoją robotę.
— Kula tylko drasnęła, ale zrobiła bałagan. Stracisz trochę siły. Jak zacznie ci się robić ciemno przed oczami, mów od razu. Nie po fakcie.
— Jasne, pani doktor.
— Nie doktor. Praktyka.
Adam podał matce miskę z zakrwawioną gazą. Wylała wodę do zlewu, odkręciła kran, spłukała metal czerwonym wirem, jakby to był zwykły wieczór i zwykła kuchnia. W tle cicho buczała lodówka. Warszawa robiła swoje.
Zaleska zsunęła się ostrożnie ze stołu i usiadła na krześle. Wyprostowała plecy. Blada, ale twarda. Adam znał ten typ ludzi. Organizm mówił im „usiądź”, a oni odpowiadali „zaraz”.
— Dziękuję — powiedziała do Heleny.
Matka wzruszyła lekko ramieniem.
— Jeszcze nie dziękuj. Najpierw przeżyj noc.
To też brzmiało jak stary nawyk.
Przez chwilę nikt się nie odzywał. Adam potrzebował ruchu. Bez niego myśli zaczynały iść w złe miejsca: dom Zielińskiego, ogień za drzewami, Jakub w rękach Waneckiej, ojciec przy stole w Victorii, ojciec przy stole w tej kuchni, ojciec w każdym miejscu, gdzie nie chciał go już widzieć.
— Masz coś w domu? — zapytał nagle.
Helena wytarła dłonie w ręcznik.
— Zależy co.
— Broń. Amunicję. Cokolwiek, co nie jest nożem do chleba.
Nie spytała, po co. To było najgorsze. Podeszła tylko do kredensu w dużym pokoju, tego samego, przy którym przez lata trzymała obrusy i świąteczne talerze. Adam poszedł za nią. Otworzyła dolne drzwiczki, odsunęła pudełko po bombkach, stary album, dwa stosy gazet. Z tyłu stało pudełko po butach. Szare. Zwyczajne. Nawet za bardzo zwyczajne.
Podała mu je.
— Nie dotykałam od lat.
Adam otworzył wieko.
W środku leżał pistolet owinięty w wyblakłą męską koszulę. Obok dwa magazynki i małe pudełko amunicji. Metal był ciemny, ciężki, z tłustym połyskiem rzeczy, które czekają cierpliwie. Na chwycie widniało lekkie wytarcie tam, gdzie wielokrotnie siadała dłoń. Ojca.
Adam poczuł, jak coś znów zaciska mu się w środku. Nie sentyment. Odruch obrzydzenia wymieszany z praktyczną ulgą. Tak właśnie najczęściej działały rodzinne pamiątki w tej rodzinie.
Wyjął broń. Sprawdził zamek. Magazynek. Stan sprężyny. Robił to, szybko, bez pokazówki. Pistolet był stary, ale utrzymany. Helena musiała jednak czasem do niego zaglądać albo ojciec schował go przygotowanego na bardzo długi termin.
— Trzymałaś to tutaj cały czas? — spytał.
— Tak.
— Dlaczego?
— Bo rzeczy nie znikają od samego niepatrzenia na nie.
To też dało się odnieść do połowy mieszkania i całej historii rodziny.
Wrócili do kuchni. Helena postawiła przed nim kubek czarnej kawy. Mocnej, gorzkiej, bez pytania o cukier. Patrzyła, jak odkłada pistolet na krzesło obok i bierze łyk. Smak miał jak nocna robota i brak złudzeń.
Ich spojrzenia spotkały się nad parą.
— Wplątałeś się w coś większego niż ty — powiedziała.
Nie było w tym zarzutu. Tylko bilans.
Adam pokiwał głową. Raz. To było prostsze niż tłumaczenie, że już dawno przestał odróżniać, gdzie skończyła się sprawa jednego trupa, a zaczęła wojna o fundamenty miasta.
— Tak — powiedział.
Helena oparła dłoń o oparcie krzesła Zaleskiej.
— I większego niż ona.
Maria uniosła brwi.
— Bardzo budujące.
— Budujące to były bloki za Gierka. To jest tylko prawda.
Adam odstawił kubek. Sięgnął po telefon. Ekran odbił jego twarz bladą i brudną od ostatnich godzin. W głowie od razu ustawił mu się właściwy numer. Ewa Rutkowska. Terrier. Dziennikarka, która miała sieć, archiwa i charakter tak przyjemny jak drut kolczasty. Jeśli ktoś mógł pomóc rozszyfrować fragment z pendrive’a i zrozumieć, co jeszcze zostało ukryte za wszystkimi tymi warstwami papieru, była to ona.
Spojrzał jeszcze na Zaleską. Siedziała prosto, choć bark miała sztywny. Nie wyglądała dobrze. Wyglądała funkcjonalnie. W Warszawie to często musiało wystarczyć za zdrowie.
— Muszę zadzwonić do kogoś, kto pomoże nam rozszyfrować pendrive — powiedział.
Helena skinęła głową.
— Dzwoń. I mów krótko. Im dłużej człowiek coś tłumaczy przez telefon, tym szybciej ktoś trzeci zaczyna słuchać.
Adam już wybierał numer, myśląc, że z całej nocy to właśnie brzmiało najbardziej jak rada od kobiety, która naprawdę pamiętała stan wojenny.
Adam wyszedł do przedpokoju, bo w kuchni było za dużo oddechów naraz. Telefon w dłoni wydawał się lżejszy od pistoletu, ale bardziej ryzykowny. Z broni człowiek przynajmniej wiedział, kiedy może go zdradzić.
Wybrał numer Ewy.
Odebrała po trzecim sygnale.
— Jeśli to znowu ty, to mam złą noc i jeszcze gorszy nastrój — powiedziała bez powitania.
— Czyli idealny moment.
Krótka pauza. Potem wyraźnie chłodniej:
— Adam.
— Żyję.
— To prawie rozczarowujące. W telewizji już cię zdążyli zabić cywilnie.
— Wiem. Dlatego dzwonię.
Usłyszał po drugiej stronie szelest papierów, stuk zapalniczki, czyjś głos w tle i szybkie odcięcie drzwi. Ewa musiała znaleźć sobie kawałek ciszy.
— Mów.
Adam spojrzał na drzwi kuchni. Za mleczną szybą widział cień matki i siedzącą sylwetkę Zaleskiej.
— Mam fragment Listy Beton.
Po drugiej stronie zrobiło się tak cicho, że przez sekundę myślał, że połączenie padło.
— Gdzie? — zapytała w końcu Ewa.
Jedno słowo. Bez ozdobników. Bez niedowierzania na pokaz. Właśnie dlatego jej ufał trochę bardziej niż powinien.
— Nie przez telefon.
— To po co dzwonisz przez telefon?
— Żeby ustawić miejsce.
Ewa wypuściła powietrze przez nos. Prawie śmiech, tylko bez przyjemności.
— Dobrze. Ustawiaj.
Adam pomyślał szybko. Potrzebował miejsca, które nie będzie oficjalne, nie będzie wygodne i nie będzie miało za wielu przypadkowych uszu. Potrzebował też miejsca, do którego Ewa wejdzie bez marudzenia, bo dziennikarze kochają brudne dziury, jeśli są w nich papiery.
— Tunele niedokończonej stacji metra Bródno — powiedział. — Poziom techniczny od strony placu budowy.
— Wiem, gdzie to jest.
Oczywiście, że wiedziała.
— Za godzinę — dodał. — Przyjdź sama.
— Ty też przyjdziesz sam?
Adam spojrzał w stronę kuchni i przez moment pomyślał, jak śmiesznie brzmi słowo „sam” w mieście, które od rana trzymało mu się kołnierza.
— Przyjdę z jedną osobą.
— Policjantką?
Nie odpowiedział od razu. To wystarczyło.
— Świetnie — mruknęła Ewa. — Nic tak nie poprawia nastroju jak spotkanie z poszukiwanym fixerem i ranną komisarz w nielegalnym tunelu.
— Dasz radę.
— Wiem. Pytanie brzmi, czy ty dasz.
— Za godzinę.
— Adam.
Zatrzymał kciuk nad przyciskiem rozłączenia.
— Co?
— Jeśli to podpucha, opublikuję wszystko, co mam o tobie, twoim bracie i twoim świętym ojcu, zanim zdążysz drugi raz mrugnąć.
— Gdyby to była podpucha, nie dzwoniłbym do ciebie.
— To akurat nie jest argument.
Rozłączyła się pierwsza.
Adam schował telefon. Przez sekundę został w ciemnym przedpokoju sam z dźwiękiem lodówki z kuchni. Potem wrócił.
Zaleska siedziała już wyprostowana. Kubek z herbatą stał przy jej dłoni nietknięty. Twarz miała ziemistą, ale oczy dalej pracowały twardo.
— I? — zapytała.
— Ewa. Za godzinę. Bródno.
— Niedokończona stacja?
— Tak.
Zaleska skinęła.
— Dobre miejsce. Nie lubię.
— To jest chyba definicja dobrego miejsca.
Podszedł do niej i bez pytania sprawdził bandaż. Suchy był tylko z wierzchu. Pod spodem czuć było ciepło świeżej krwi, ale nie tak źle jak przed chwilą.
— Dasz radę siedzieć w aucie? — spytał.
— Dam radę wszystko, co trzeba.
— To nie była odpowiedź.
— A ja nie jestem ankietą.
Helena weszła do kuchni z małym pękiem kluczy. Stare. metalowe. z obdrapanym brelokiem w kształcie syrenki.
— Weźcie fiata — powiedziała do Adama. — Stoi pod blokiem od strony podwórka.
Adam spojrzał na klucze, potem na nią.
— Myślałem, że już go nie odpalasz.
— Nie odpalam. Ty odpalisz.
Położyła klucze na stole obok pistoletu ojca. Stary fiat i stary pistolet. Rodzinny pakiet kryzysowy. Piękne dziedzictwo.
— Uważajcie na ogony — dodała.
Zaleska uniosła wzrok.
— Myśli pani, że już siedzą nam na karku?
Helena spojrzała na nią tak, jak patrzy się na kogoś inteligentnego, kto zadał pytanie odrobinę za późno.
— Od kiedy wyszliście z lasu, pewnie już was namierzyli. Jeśli nie kamerami, to ludźmi. Jeśli nie ludźmi, to plotką. Warszawa szybko roznosi mokrych i rannych.
To było tak trafne, że Adam poczuł krótki, zimny skurcz w karku. Matka nigdy nie pracowała w policji, a mówiła o mieście lepiej niż połowa operacyjnych, których znał.
Pomógł Zaleskiej wstać. Odruchowo podstawił jej ramię. Maria odepchnęła jego dłoń.
— Dam radę — warknęła.
— Wiem. Ale szybciej będzie z pomocą.
— Nie psuj mi reputacji.
Podniosła się sama. Tylko przy pierwszym kroku zacisnęła usta trochę mocniej. Adam udawał, że nie widzi. To też bywało formą uprzejmości.
W przedpokoju Helena podała mu klucze i zatrzymała na chwilę za rękaw. Zaleska była już przy drzwiach, sprawdzała klatkę przez judasza, jakby nawet cudze mieszkanie chciała potraktować proceduralnie.
Matka mówiła cicho. Nie dla policjantki. Dla syna.
— Twój ojciec nie był tym, za kogo go uważałeś.
Adam spojrzał na nią. Twarz miała zmęczoną, ale twardą. Taką samą jak wtedy, kiedy mówiła o rachunkach, szpitalach i pogrzebach. O sprawach, które nie potrzebowały dramatyzmu, bo były już dostatecznie złe.
— Wiem — powiedział.
— Nie. Jeszcze nie wiesz wszystkiego. — Ścisnęła lekko jego rękaw. — Ale pod koniec próbował naprawić swoje błędy.
To siadło w nim głucho. Nie jak pocieszenie. Jak kolejny kamień wrzucony do studni, w której już i tak było za ciasno od rodzinnych trupów.
Przez sekundę chciał odpowiedzieć coś ostrego. Że za późno. Że naprawa po współudziale to dalej tylko bałagan z ambicjami. Że martwi mają łatwo, bo nic już nie muszą tłumaczyć. Nie powiedział nic.
Bo jeśli matka miała rację, to obraz ojca właśnie znowu zmieniał kształt. A Adam miał już dość nowych kształtów na jedną noc.
Skinął tylko głową.
Wyszedł na klatkę razem z Zaleską, czując za plecami spojrzenie Heleny i ciężar kluczy w dłoni. Na półpiętrze pachniało wilgocią, farbą olejną i cudzym snem. Zwykły blok. Zwykła noc. Tylko jemu pod stopami znowu coś pękało, tym razem ciszej niż wcześniej.
Na dole czekał fiat. A wraz z nim kolejna godzina, która mogła ich wszystkich wykończyć.
Adam zgasił starego fiata za betonowym ekranem od strony placu budowy. Silnik prychnął dwa razy, jak obrażony starzec, i zamilkł. Przez chwilę siedzieli w aucie bez ruchu, słuchając deszczu walącego o dach i gdzieś dalej głuchego dudnienia miasta, które nad nimi wciąż jechało, świeciło i kłamało.
— Piękna okolica — mruknęła Zaleska.
— Rodzinna turystyka.
Maria otworzyła drzwi sama, choć bark musiał palić ją jak drut. Wysiadła wolniej niż zwykle, ale bez jęku. Adam obszedł auto i i tak podstawił ramię. Tym razem nie odepchnęła go od razu. Tylko udawała, że go nie potrzebuje. Też postęp.
Weszli przez rozchylone ogrodzenie, minęli wykop, dwa kontenery i prowizoryczne schody z metalowej kraty prowadzące w dół. Niżej powietrze zmieniło się od razu. Było ciężkie, chłodne, z zapachem stęchlizny, betonu i starej wody stojącej w miejscu, którego nikt nie dokończył. Każdy krok odbijał się daleko. Każdy szept wracał od ścian odrobinę obcy.
Na poziomie technicznym wybrali miejsce przy filarze i roboczym stole zbitym z płyty OSB oraz dwóch kozłów malarskich. Ktoś kiedyś zostawił tu zwój kabli, pustą gaśnicę i rozlaną farbę znaczeniową. Pomarańczowe lampy awaryjne mrugały nierówno, jakby nawet prąd nie był pewien, czy chce firmować to spotkanie.
Adam sprawdził wzrokiem oba końce tunelu. Lewy ginął w ciemności szybciej. Prawy miał dalej lekką poświatę od wejścia serwisowego. Miejsce złe do obrony. Dobre do ucieczki, jeśli człowiek pierwszy zauważy ruch.
Zaleska oparła się o filar.
— Jeśli zemdleję, nie komentuj — powiedziała.
— Jeśli zemdlejesz, będę komentował długo.
— To mnie właśnie trzyma przy życiu.
Adam wyjął telefon. Do umówionej godziny brakowało trzech minut. To były długie minuty. Wystarczyło akurat na to, żeby pomyśleć o Jakubie i natychmiast pożałować, że się pomyślało. O Wiktorii też nie chciał. O ojcu tym bardziej. A jednak wszystkie trzy rzeczy i tak siedziały mu za oczami .
Usłyszał kroki.
Jedna osoba. Równe tempo. Bez pośpiechu, ale też bez ostrożnego błądzenia. Ewa Rutkowska wyłoniła się z ciemniejszej części przejścia z laptopem pod pachą i torbą przewieszoną przez ramię. Miała ciemną kurtkę i twarz kobiety, która już dawno zrezygnowała z oczekiwania dobrych wiadomości od świata.
Zobaczyła Zaleską i prychnęła.
— Oczywiście.
— Też się cieszę — odparła Maria.
Ewa podeszła bliżej. Przyjrzała się bandażowi, potem Adamowi.
— Wyglądacie jak reklamówka po przecenie.
— Ty też nie promieniejesz.
— Ja przynajmniej nie jestem w telewizji jako morderca. Jeszcze.
Położyła laptop na płycie OSB i od razu wyciągnęła z torby przejściówki, mały modem, rękawiczki, notes. Ruchy miała szybkie, oszczędne. Kiedy pracowała, cały ten jej newsroomowy gniew zamieniał się w wydajność.
— Przyniosłaś kogoś? — spytał Adam.
Spojrzała na niego ostro.
— Powiedziałam, że przyjdę sama, więc przyszłam sama. Nie każdy ma problemy z dotrzymywaniem prostych ustaleń.
To akurat zamknęło temat na trzy sekundy.
Czwarta sekunda przyniosła nowe kroki. Więcej niż jedne. Kilka osób. Szmer materiału, cichy stuk buta o metal, szept urwany na pół słowa.
Adam błyskawicznie sięgnął po pistolet. Zaleska zrobiła to samo.
Z ciemności wyłoniła się Alicja Grabowska w jaskrawym szaliku przygaszonym przez pomarańczowe światło. Za nią szło pięć osób. Młodzi i nie do końca młodzi. W kapturach, z plecakami, kaskami rowerowymi przypiętymi do troków, z latarkami czołowymi i tą szczególną mieszaniną napięcia i determinacji, którą Adam znał z protestów. Ludzie, którzy jeszcze wierzyli, że można zablokować miasto transparentem i uporem.
— O nie — powiedział Ewa od razu. — Absolutnie nie.
Alicja zatrzymała się przy granicy światła.
— Spokojnie. To moi najbardziej zaufani ludzie.
— Właśnie wyjaśniłaś, dlaczego nigdy nie zostanę aktywistką — odparła Ewa.
Adam nie opuszczał broni.
— Skąd się tu wzięłaś?
Alicja spojrzała na niego zniecierpliwiona.
— Bo od tygodnia śledzę spółki zależne Waneckiej i ruchy wokół wiecu Sawickiego. Bo ludzie z mojego ruchu widzieli dziś więcej czarnych SUV-ów niż policyjnych radiowozów. I bo Ewa nie jest jedyną osobą w tym mieście, która potrafi czytać ślady.
— Nie dzwoniłem do ciebie.
— A szkoda. Zaoszczędziłoby nam to trochę teatralnego napięcia.
Zaleska odezwała się pierwsza:
— Jeśli przyszłaś z ludźmi, którzy potrafią trzymać język za zębami i ręce z dala od dowodów, zostań. Jeśli nie, wyjdź teraz.
Alicja skinęła do swoich. Rozeszli się od razu: dwóch przy wejściach do tunelu, jedna osoba przy bocznym przejściu technicznym, dwie przy stole. Nie zadawali pytań. To Adamowi podobało się bardziej, niż chciał przyznać.
— Potrafią — powiedziała Alicja. — A poza tym przyniosłam coś.
Wyciągnęła z torby stare wycinki prasowe, skany map, kopie ksiąg, zdjęcia prasowe z lat dziewięćdziesiątych i plik notatek spiętych czarnym klipsem. Rozłożyła je na drugim końcu płyty OSB. Papier natychmiast nasiąkł wilgocią tunelu i zrobił się cięższy.
Ewa westchnęła, ale już podłączała pendrive do laptopa.
— Dobrze. Mamy pięć minut współpracy obywatelskiej, zanim wszystko znów się spierdoli. Nie zmarnujmy ich.
Ekran rozświetlił jej twarz zimnym blaskiem. Linie kodu, foldery, zabezpieczenia, dziwne ciągi znaków. Adam nie znał się na tym dość, by rozumieć wszystko, ale znał się dość, by rozpoznać pracę kogoś, kto umiał zabezpieczać dane ze świadomością, że mogą kosztować życie.
— To jest stare szyfrowanie nałożone na nowsze — mruknęła Ewa. — Ktoś bardzo nie chciał, żeby to otwierał przypadek.
— Kamil? — spytała Zaleska.
— Albo ktoś przed nim. — Ewa stukała szybko w klawiaturę. — W takich sprawach pliki mają więcej właścicieli niż mieszkańcy Śródmieścia.
Alicja pochyliła się nad dokumentami.
— Projekt Beton zaczął się w 1986 roku — powiedziała. — Wtedy, kiedy część ludzi z partii i bezpieki wiedziała już, że system nie przetrwa w obecnej formie. Nie chodziło o ideologię. Chodziło o kontynuację kontroli. Jeśli nie da się utrzymać państwa politycznie, utrzymujesz je ekonomicznie.
Adam patrzył na stare wycinki. Na jednym hotel Victoria. Na innym artykuł o pierwszych „prywatyzacjach strategicznych”. Na jeszcze innym młodszy Sawicki przy otwarciu inwestycji z człowiekiem, którego nazwisko przewijało się już w notatkach Kamila.
Alicja stukała palcem kolejne miejsca.
— Tworzyli spółki pośrednie. Rezerwowali grunty. Wpychali swoich ludzi do planowania przestrzennego. Ustawiali przetargi tak, żeby pieniądz publiczny przepłynął tam, gdzie trzeba. Potem ci sami ludzie wchodzili w III RP już nie jako aparat, tylko jako biznes i polityka.
— Spotkanie w Victorii było formalizacją porozumienia — dodała Zaleska. Głos miała słabszy niż zwykle, ale równy. — SB, politycy, deweloperzy i... agenci w opozycji.
Ostatnie słowa padły ciężej. Adam poczuł je fizycznie.
Ewa nie podniosła wzroku znad ekranu.
— Tak. I jeden z tych agentów miał nazwisko Borowski.
Stożek światła z laptopa odbił się w betonie. Adam przełknął ślinę. Zrobiło się to głośniejsze, niż powinno. Alicja spojrzała na niego krócej, niż wyglądało na współczucie. Raczej jak na człowieka, który właśnie musi podjąć decyzję, czy pęknie, czy będzie użyteczny.
— Twój ojciec był jednym z architektów tego układu, Adam — powiedziała Ewa.
Nie ozdobiła tego. Nie złagodziła. Po prostu położyła na stole, jak resztę papierów.
Na ekranie zaczęły otwierać się pliki. Skan odręcznego protokołu. Lista działek. Schemat przepływu pieniędzy. Nazwiska przykryte inicjałami, ale nie wszystkie. Jeden folder zawierał mapę Warszawy z oznaczeniami inwestycji na przestrzeni trzech dekad. Drugi — notatki z narad. Trzeci — wyciągi bankowe i zestawienia spółek. To nie wyglądało już jak teoria. Wyglądało jak silnik.
Adam pochylił się nad ekranem. Zobaczył nazwisko Wanecki. Sawicki. Skróty, które po chwili składały się same. Daty po 1989. Daty po 1995. Daty aż do niemal współczesności. Układ nie przeżył transformacji. Układ ją przeprowadził po swojemu.
Grunt znowu usunął mu się spod nóg, tym razem ciszej. Już nie spadał z wysokości. Już wiedział, jak to działa. Właśnie dlatego bolało bardziej. Bo człowiek może przyzwyczaić się do bólu, ale nie do skali.
Zobaczył wpis z nazwiskiem ojca. Niepełnym, ale wystarczającym. Obok krótka adnotacja: „koordynacja kontaktów / osłona / ryzyko niestabilności”. Później ręczny dopisek innym charakterem pisma: „rozważyć neutralizację”.
Adam poczuł zimno w żołądku.
— Dlaczego więc go zabili? — zapytał cicho.
W tunelu to pytanie zabrzmiało tak, jakby zadał je nie ludziom, tylko miastu nad nimi.
Ewa podniosła wzrok znad laptopa. Przez pierwszy raz tej nocy wyglądała nie jak drapieżnik z redakcji, tylko jak ktoś, kto wie odpowiedź i wcale nie ma ochoty jej dawać.
Otworzyła usta.
Nie zdążyła.
Z ciemniejszego końca tunelu dobiegł odgłos kroków. Kilku. Szybkich, ale zdyscyplinowanych. Zaraz potem metaliczny szczęk. Krótki. Czyszczący powietrze ze wszelkich złudzeń.
Odbezpieczana broń.
Pierwszy wszedł cień z latarką pod lufą. Drugi niósł się tuż za nim. Potem tunel zapełnił się czernią kurtek, ostrym światłem i tym krótkim, zawodowym bezruchem ludzi, którzy wiedzieli, po co przyszli. Adam nie musiał widzieć Anny Czarneckiej, żeby rozpoznać jej robotę. W tej ekipie nawet cisza była wydana rozkazem.
— Rzućcie broń! — huknął jeden z ochroniarzy.
Głos poleciał tunelem, odbił się od betonu i wrócił jeszcze głupszy, bo nikt tu nie przyszedł rzucać broni dla dobra dialogu.
Adam zadziałał szybciej niż myśl. Szarpnął płytę OSB razem z kozłami i przewrócił prowizoryczny stół bokiem. Laptop Ewy zsunął się niebezpiecznie, ale dziennikarka złapała go w ostatniej chwili i padła za betonowym blokiem technicznym. Zaleska runęła za filar, chwytając się zdrową ręką krawędzi. Alicja krzyknęła do swoich:
— Na boki! Nie stać w świetle!
Za późno dla porządku. W sam raz dla chaosu.
Pierwszy strzał rozdarł tunel tak gwałtownie, że Adam poczuł huk w klatce. Potem drugi. Trzeci. Błyski luf poszły po ścianach. Rykoszety zawyły ostro. Beton kruszył się drobnym pyłem. Jedna kula trafiła w stalową szafkę techniczną i dźwięk przeszedł po tunelu jak dzwon.
Aktywiści Alicji rozbiegli się instynktownie. Nie wojskowo. Ludzko. Jedna osoba poślizgnęła się na pyle i wpadła za stos worków z cementem. Dwóch chłopaków rzuciło się w boczne wgłębienie przy kanałach kablowych. Dziewczyna z plecakiem schowała się za skrzynką narzędziową, trzęsącymi się rękami zrywając z ramion torbę.
— Głowy nisko! — ryknęła Alicja.
Adam wychylił się na sekundę. Czterech napastników. Może pięciu. Czarne kurtki, krótkie karabinki, ruchy zgrane i bez jednej zbędnej nerwowej poprawki. Jeden z nich przesuwał się przy ścianie, osłaniając drugiego. Ludzie Anny. Ci od wchodzenia w pomieszczenia, a nie do rozmów.
Zaleska strzeliła pierwsza z ich strony.
Nie seriami. Dwa pojedyncze. Dokładne. Krótkie.
Pierwszy napastnik szarpnął się i walnął barkiem o beton, broń wypadła mu z rąk. Drugi zdążył tylko odwrócić głowę, kiedy kolejny strzał wszedł mu pod obojczyk. Krzyk urwał się w pół oddechu. Obaj polecieli ciężko na ziemię.
— Procedury istnieją z jakiegoś powodu — syknęła przez zęby.
To był najgorszy moment na jej suchy humor. Dlatego zadziałał.
Napastnicy odpowiedzieli natychmiast. Ogień poszedł gęściej. Beton przy filarze, za którym krył się Adam, popękał w białych odpryskach. Coś ostrego przecięło mu policzek. Nie sprawdzał. Nie było czasu na luksus własnej krwi.
Ewa, klęcząc przy laptopie, wrzasnęła:
— Nie dam rady tego zebrać i uciec, jeśli dalej będą pruć!
— To zostaw i rusz dupę! — odkrzyknął Adam.
— Spróbuj mi to powtórzyć po wszystkim!
Alicja dopadła do najbliższej gaśnicy, wyrwała ją z uchwytu i rzuciła przez środek tunelu. Metalowy cylinder poleciał nisko, obijając się o beton. Jeden z ochroniarzy odskoczył. Drugi spojrzał w bok dokładnie na tyle, żeby stracić rytm.
— Teraz! — wrzasnęła Alicja do swoich.
Jej ludzie nie mieli broni. Mieli za to ręce, złość i brak doświadczenia, który czasem wyglądał jak odwaga. Poleciały kawałki gruzu, klucz francuski, druga gaśnica, zwój kabla. Ktoś przewrócił metalowy stojak, który z łoskotem rozlał się po podłodze i poszedł iskrą po kałuży. Niewiele. Wystarczająco, by zaburzyć linię wejścia.
— Szyb techniczny! — krzyknęła Ewa, wskazując w bok.
Adam spojrzał. W ścianie, za rzędem prowizorycznych osłon, było wąskie przejście serwisowe. Drzwiczki bez drzwi, tylko ciemna szczelina i pionowa drabina znikająca w górze.
— Maria!
Zaleska już wiedziała. Wysunęła się zza filaru, strzeliła jeszcze raz i przyklękła od razu za niskim betonowym odbojnikiem. Trzeci napastnik poleciał na kolano, trafiony w udo albo niżej, ale dalej trzymał broń. Profesjonaliści byli uciążliwi właśnie przez to.
Adam dopadł do Zaleskiej, złapał ją pod zdrowym ramieniem i praktycznie poderwał z ziemi. Zostawiła za sobą ciemny ślad na betonie. Krew sączyła się spod świeżego bandaża mimo roboty Heleny. Miasto miało apetyt.
— Nie ciągnij mnie jak worek — warknęła.
— To przestań ważyć jak policyjny etos.
Pobiegli pochylni. Ewa zebrała laptop i pendrive jednym ruchem, torba uderzała ją o biodro. Alicja została pół kroku dłużej, żeby zagonić swoich.
— Ruszać się! Po kolei! Nie stać, do cholery!
Jeden z aktywistów wyszedł zza worków i dostał rykoszetem odłamka w czoło. Nie kula. Wystarczyło, by krew zalała mu oko. Dziewczyna z plecakiem chwyciła go za kaptur i wciągnęła do szybu prawie siłą. W takich chwilach ideologia robiła miejsce instynktowi.
Napastnicy zaczęli schodzić niżej.
— Zamknąć im wyjście! — krzyknął ktoś z ich strony.
Adam rozpoznał ten ton. Nie Annę. Kogoś od niej. Człowieka, który całe życie był drugim planem rozkazów i bardzo chciał dziś awansować.
Dopadli do szybu. Przejście było wąskie, brudne od starego pyłu. Zaleska wcisnęła broń za pasek, chwyciła drabinę zdrową ręką i spojrzała w górę.
— Pięknie — powiedziała. — Uwielbiam wspinaczkę po utracie krwi.
— To kolejna randka.
— Zamknij się i pchaj.
Adam puścił ją pierwszą, bo nie było wyboru. Pchał ją od dołu, osłaniając jednocześnie wejście własnym ciałem i pistoletem. Z tunelu poszła kolejna seria. Pociski waliły w krawędź szybu, sypiąc pyłem i odpryskami. Ewa wcisnęła się za nimi z laptopem przewieszonym przez plecy .
Alicja i jej ludzie zostali na dole przez jeszcze jedną sekundę za długo. Właśnie ta sekunda ich uratowała. Chłopak w kapturze pchnął pod nogi napastnikom przewróconą gaśnicę, a druga osoba rzuciła w nich pełnym workiem gruzu. Nic z tego nie było eleganckie. Wszystko z tego było skuteczne. Ochroniarze zaklęli, stracili rytm, jeden poślizgnął się na pyle.
— W górę! — ryknęła Alicja.
Drabina trzęsła się od ciężaru. Adam wspinał się ostatni, słysząc za plecami przekleństwa i metaliczny stuk butów wchodzących do szybu. Nie było dużo miejsca. Wystarczyło, by człowiek czuł na karku cudzy oddech, zanim go usłyszy.
Zaleska wspinała się równo, ale wolniej z każdym szczeblem. Raz noga ześlizgnęła jej się z mokrego metalu. Adam podparł ją od dołu ramieniem.
— Nie patrz w dół — powiedział.
— Nigdy nie patrzę na rzeczy poniżej poziomu.
— Urocze.
Nad nimi właz ustąpił z jękiem. Ktoś na górze — chyba Ewa — szarpnął go szerzej. W twarz uderzył Adama deszcz i nocne powietrze. Świeże, zimne, prawdziwe. Wylazł na powierzchnię za Zaleską i od razu odwrócił się, chwytając za rękę kolejnego aktywistę. Po chwili wypadli wszyscy, prawie jeden na drugim, na opuszczony plac budowy z błotem do kostek, rozjeżdżonymi koleinami i szkieletem niedokończonego pawilonu po jednej stronie.
— Biec! — rzuciła Ewa.
Nie musiała powtarzać. Ruszyli przez plac, ślizgając się na błocie i prętach wystających z ziemi. Za plecami, z włazu, już niosły się głosy ścigających. Ktoś klął. Ktoś kazał oświetlić teren.
Adam dobiegł do betonowego szkieletu muru i dopiero tam zatrzymał się na moment, żeby złapać oddech i policzyć ludzi. Wszyscy. Jeszcze. Zaleska oparta o słup. Ewa z laptopem przy piersi. Alicja mokra od włosów po buty, z twarzą rozjarzoną gniewem, nie strachem. Pięciu aktywistów roztrzęsionych, ale żywych.
I wtedy zadzwonił telefon.
Nie zwykłym dźwiękiem. Wideopołączenie.
Ekran rozświetlił się w jego dłoni białym prostokątem pośrodku deszczu.
Wiktoria Wanecka.
Adam przez sekundę patrzył na nazwę jak na nowy rodzaj zatrucia. Potem odebrał.
Obraz wskoczył od razu.
Wiktoria siedziała w jasnym, suchym wnętrzu, które wyglądało jak jedna z prywatnych sal w Wanecka Tower. Prosta linia ramion. Ciemny kostium. Twarz spokojna do granic obrazy. Kamera była ustawiona tak, by objąć też fragment podłogi obok niej.
Tam klęczał Jakub.
Żywy. Pobity. Jedno oko sine, warga rozbita, policzek spuchnięty. Ręce miał związane z tyłu. Patrzył gdzieś pod siebie, ale kiedy usłyszał głos połączenia, uniósł głowę. Na sekundę ich spojrzenia spotkały się przez ekran. W oczach Jakuba było wszystko, czego Adam nie chciał oglądać: strach, wstyd i to beznadziejne, rodzinne oczekiwanie, że starszy brat znowu coś wymyśli.
Wiktoria położyła dłoń na jego ramieniu. Delikatnie. Właśnie przez to bardziej jak właścicielka niż opiekunka.
— Dobry wieczór, panie Borowski — powiedziała chłodno. — Widzę, że noc ma pan pracowitą.
Adam nic nie odpowiedział od razu. Deszcz spływał mu po twarzy na ekran. Obok czuł, jak wszyscy pozostali milkną, rozpoznając po jednym spojrzeniu, że to nie jest telefon, który przerywa się byle czym.
— Jeśli go tkniesz — zaczął.
— Już go tknięto — przerwała miękko. — Jak pan widzi, nadal oddycha. Proszę nie marnować czasu na zdania, które dobrze brzmią tylko w tanich filmach.
Jakub poruszył spuchniętą wargą.
— Adam...
Wiktoria ścisnęła jego ramię odrobinę mocniej. Zamilkł.
— Ma pan coś, co należy do mnie — powiedziała. — Ja mam kogoś, kto należy do pana.
Adam spojrzał na ekran, potem kątem oka na Ewę i Zaleską. Oboje już słyszeli wystarczająco, żeby zrozumieć. Alicja zacisnęła szczękę tak mocno, że zarysowała się pod skórą.
— Czego chcesz? — zapytał Adam.
— Pełnej Listy Beton za życie pańskiego brata.
Powiedziała to tak spokojnie, jakby ustalała warunki najmu sali konferencyjnej.
— Nie mam pełnej listy.
Wiktoria uśmiechnęła się ledwie zauważalnie.
— Jeszcze. Ale oboje wiemy, że jest pan coraz bliżej. W przeciwnym razie nie musiałabym dzwonić.
— Skąd pewność, że nie przyjdę z policją?
Na ekranie jej oczy zrobiły się odrobinę chłodniejsze.
— Bo policja przyjdzie albo za późno, albo po złej stronie. A pan, mimo całego cynizmu, nadal cierpi na rodzinne odruchy.
To akurat było celne.
Wiktoria pochyliła głowę minimalnie.
— Jutro o północy — powiedziała. — Przed wiecem Sawickiego. Wanecka Tower.
Adam poczuł, jak coś zaciska się w czasie. Wiec Sawickiego. Tłum. Światła. Media. Ochrona. Wszystko naraz. Idealne miejsce, by schować transakcję w widowisku.
— Dlaczego tam?
— Bo lubię architekturę konsekwencji.
— A jeśli odmówię?
Spojrzała na Jakuba. Nie na niego. Właśnie to było odpowiedzią.
— Wtedy pański brat okaże się mniej użyteczny, niż zakładałam. A pan zostanie sam z fragmentami prawdy, których nie zdąży już nikomu sprzedać.
Jakub zamknął oczy na sekundę. Adam patrzył na jego spuchniętą twarz i czuł, jak pod skórą pracują mu dwa instynkty naraz. Jeden chciał iść od razu, z bronią, bez planu, w sam środek wieży i wszystkiego, co tam czekało. Drugi liczył minuty, wejścia, ludzi, możliwości. Ten drugi zwykle utrzymywał go przy życiu. Pierwszy utrzymywał go jeszcze przy byciu bratem.
— Nie skrzywdź go do jutra — powiedział.
Wiktoria poprawiła mankiet.
— To zależy od pana.
Połączenie urwało się bez pożegnania.
Ekran zgasł. Został tylko deszcz i ich twarze pod nim. Woda spływała po policzkach, po krwi na rękawie Zaleskiej, po błocie na butach aktywistów, po torbie Ewy i jaskrawym szaliku Alicji. Zmywała pył. Nie zmywała stawki.
— No to świetnie — powiedziała Ewa pierwsza. — Mamy zakładnika, wiec, wieżę i mniej niż dobę. Bardzo warszawsko.
Alicja otarła mokrą twarz rękawem.
— Nie oddamy jej listy.
— A ja nie oddam brata — rzucił Adam.
Zaleska spojrzała na niego spod mokrych włosów. Blada. Zmęczona. Twarda.
— To znaczy, że musimy zrobić jedno i drugie.
Nad placem budowy błysnęła odległa syrena. Gdzieś za nimi ludzie Anny wciąż wychodzili z podziemi albo już obchodzili teren. Miasto miało ręce długie i cierpliwe.
Adam schował telefon.
Czas właśnie dostał twarz Jakuba i adres Wanecka Tower. A to oznaczało, że od tej chwili każda minuta miała cenę.
-e