Lofoty – fotograficzny raj

 

Lofoty to dla mnie miejsce, które cenię sobie bardzo wysoko – nie tylko fotograficznie. Byłem tam już kilkukrotnie. I wciąż nie mam dosyć. Ta moja lofocka fascynacja powoduje, że często jestem pytany w jaki sposób tam dojechać, jak się przygotować, czy organizuję warsztaty. Ostatnio Lofoty odwiedziłem w marcu bieżącego roku. I myślę, że to wspaniała okazja, aby na przykładzie tego wyjazdu odpowiedzieć na przynajmniej część z powyższych pytań.

Lofoty
Tytułem wstępu napiszę, że Lofoty to archipelag wysp leżący na Morzu Norweskim około 300 km za kołem polarnym, należący do Norwegii. Nie jest celem artykułu geograficzny opis tego miejsca. Nie będę też się tu skupiał na opisywaniu tras i punktów turystycznych rejonu. Tych, którzy są ciekawi takich szczegółów, odsyłam do sieci, gdzie znajdziecie tony informacji na ten temat.
To, że Lofoty są miejscem dla fotografa krajobrazu doskonałym, raczej nie trzeba nikogo przekonywać. Nieustająco zalewani jesteśmy lepszymi lub gorszymi zdjęciami z tamtych rejonów. Nie mówię, że to źle. Każdy, szczególnie jadąc tam po raz pierwszy, chce zobaczyć i przywieść ze sobą te znane, wręcz ikoniczne kadry. Mnie za pierwszym razem również nie ominęła ta fascynacja i potrzeba. Niektórym to w zupełności wystarcza, „zaliczają” Lofoty i planują kolejne fotograficzno-turystyczne destynacje. Ja chcę więcej. I o tym będzie ten artykuł.

Sprawy przyziemne
Planowanie wyjazdu z mojej perspektywy sprowadza się do trzech rzeczy – wybrania kierunku, zabudżetowania wyjazdu, zaplanowania co chce się zobaczyć/sfotografować. Te trzy punkty trzeba rozbić na wiele mniejszych. Pierwszy z nich pominę – wiadomo! – jedziemy na Lofoty. Kolejnymi należy zająć się nieco bardziej szczegółowo.

Budżet na wyprawę
Ten istotny parametr zależy od wielu zmiennych. Bardzo wielu. Zacznijmy od tego, że Norwegia to naprawdę drogi kraj. O ile latem można założyć spanie w namiocie czy kamperze, to zimą, a na tym się tu skupimy, trzeba mieć dach nad głową. Nocleg na Lofotach jest drogi. Co więcej, raczej nie wyobrażam sobie podróżowania tam bez wynajętego auta, co jeszcze podraża koszty ekspedycji. Gdybym dysponował nieograniczonym czasem i sporą gotówką, pewnie chciałbym pojechać na wyspy samotnie. Taki detoks od wszystkiego wydaje się być korzystny dla zdjęć (i dla głowy). Może kiedyś się uda. Tymczasem jednak wróćmy na ziemię. Zaznaczę w tym miejscu, że nie zaglądam nikomu do kieszeni. Niech każdy organizuje swoje wyprawy jak chce i za ile chce. Tu opisuję tylko moje doświadczenia – może się Wam przydadzą. Zakładam, że osoby, które czytają ten tekst są świadome gdzie jadą i co chcą zobaczyć. To czy zdecydujecie się pojechać na zorganizowane warsztaty czy pojedziecie indywidualnie, wszelkie decyzje dotyczące wyjazdu zaplanujcie na długo przed podróżą.

© Rafał Nebelski Za moment rozpocznie się burza śnieżna

Dla mnie organizowanie wyjazdu samodzielnego ma w zasadzie same plusy. W przypadku Lofotów, podobnie jak i Islandii zaczynam od zebrania grupy znajomych, którzy lubią spędzać czas podobnie jak ja. Co to znaczy? Po pierwsze rzeczywiście lubię znać osoby, z którymi spędzę te kilka dni w nie najłatwiejszych przecież warunkach. Ale to nie jedyne kryterium. Uważam, że grupa powinna być na podobnym poziomie fotograficznym. Nie chodzi tutaj o wyjazd mistrzów fotografii, ale o panowanie nad sprzętem, którym się dysponuje. W mojej ocenie bardzo istotne jest też przygotowanie kondycyjne. Jeżeli zamierzamy po prostu jeździć samochodem od punktu do punktu, pewnie ten ostatni parametr nie jest aż tak istotny. Gdy jednak planujemy coś więcej – wyjść w góry, zmierzyć się z huraganowym wiatrem, głębokim śniegiem czy terenem lawiniastym – wystarczy jeden uczestnik, który utrudni albo wręcz zaprzepaści cały wysiłek. Bywa, że maszerujemy kilka godzin do punktu docelowego, w którym zaplanowaliśmy wschód lub zachód słońca. W lutym na Lofotach dzień trwa ok. 6 godzin. Warto nie dojść za późno, aby nie wrócić z pustymi rękami i nie stracić całego cennego dnia naszej wyprawy. Dlatego tak ważny jest dobór zespołu. Przecież nie zostawicie kolegi, który nie daje rady w śniegu i zimnie samego.
Nasza ekipa liczy zwykle 4 osoby, lub ich krotność. Wynika to z ilości miejsc w samochodzie. Podróżując we czwórkę, mamy niezły komfort podróżowania i wystarczająco dużo miejsca, żeby pomieścić wszystkie bagaże. Te 4 osoby to także świetna liczba przy rezerwowaniu noclegu. Koszty wynajmu auta i miejsc noclegowych rozkładają się na wszystkich uczestników. Nie są one pomijalne.
Dodam jeszcze, że jeżeli jedziecie w te rejony po raz pierwszy, niebagatelną rzeczą jest przemyślenie i skompletowanie ekwipunku. Zwykle gorączkowo dobieramy sprzęt fotograficzny. I słusznie! Aparat fotograficzny o dużej dynamice tonalnej, obiektywy: szerokokątny z zakresu 14-24 mm i długoogniskowy 70-200, stabilny statyw (w moim przypadku doskonały Gitzo Systematic GT3543LS), filtry: polaryzacyjny, szare pełne i połówki, karty pamięci, wężyk spustowy. To oczywiście bardzo ważne. Ale nie zapominajmy o sprzęcie turystycznym. I nie piszę tu o ekstremalnych przygodach. Dobre ubranie, tzn. wiatroszczelne, nieprzemakalne spodnie i kurtka, kurtka puchowa, okulary przeciwsłoneczne, dwie pary rękawiczek, bielizna termiczna, dobry, długo trzymający ciepło termos, kije trekkingowe i raki (lub raczki). Do tego prowiant w postaci czekolady, batonów energetycznych, itp. To są rzeczy, które za każdym razem były przydatne na Lofotach. A wszystkie często kosztują niemałe pieniądze. Skompletowanie ekwipunku w ostatnim momencie może skończyć się katastrofą finansową. Lub cierpieniem w terenie w razie jakiegoś braku.

© Rafał Nebelski Solidna podpora to podstawa

Planowanie wyprawy
Oczywiście sprawy finansowe opisane powyżej są nierozdzielnie związane z planowaniem. Wiemy już, że jedziemy, ogarnęliśmy sprzęt, spanie i auto. Bilety lotnicze kupione – pamiętajcie im wcześniej tym taniej. A plan wycieczki? To oczywiście sprawa indywidualna. Jak już wspominałem, można ograniczyć się do odwiedzenia miejsc ikonicznych… i na tym poprzestać. Wydaje mi się jednak, że warto być bardziej ambitnym. Mimo, że Lofoty są już mocno obfotografowane, to wciąż mają ogromny potencjał do odkrywania nowych kadrów. Wystarczy zejść z utartych ścieżek, zagłębić się w teren, eksplorować. Nowe ciekawe kadry mają szansę powstać tylko w ten sposób. Pamiętajcie jednak – teren bywa trudny. Trasy, które na mapie wyglądają na szybkie, łatwe i krótkie, w zimie mogą okazać się trudne, zdradliwe i czasochłonne. A to oznacza konieczność przygotowania się również na niepowodzenie. Wierzcie mi, niejednokrotnie musieliśmy zawracać na kilkadziesiąt metrów przed szczytem. Po prostu bez lin i sprzętu wspinaczkowego, dojście do wyznaczonego celu było zbyt niebezpieczne. Zakładam, że wszyscy mamy rodziny i nawet najlepszy kadr nie jest wart życia. Choć żal i niedosyt są ogromne. Ale taka właśnie jest fotografia krajobrazowa.

© Rafał Nebelski Struggle for a Shot

Rozczarowania
Moja ostatnia wyprawa na Lofoty była ciekawa z wielu względów. Przede wszystkim była to podróż, z którą wiązałem ogromne nadzieje. Jak już pisałem, był to już mój n-ty raz na Lofotach, więc nie towarzyszyło mi uczucie niepewności. Mogę powiedzieć, że mam pewne doświadczenie i wiedzę czego mogę spodziewać się na Lofotach, co może mnie zaskoczyć i czego mogę oczekiwać. Liczyłem więc na bardzo wiele. Przede wszystkim do tej pory jeździłem stacjonarnie – spaliśmy w jednym miejscu i z tego jednego punktu przemieszczaliśmy się tak, aby w promieniu 50 km mieć szansę zrobić jak najlepsze zdjęcia. W tym roku zaplanowałem ten wyjazd nieco inaczej. Przede wszystkim był to wypad bardzo krótki. Mieliśmy do dyspozycji tylko 6 dni, ale za to bardzo intensywnych. Nie było więc możliwości na ewentualne oczekiwanie na okna pogodowe, na dziury w chmurach, czy przekładanie planów na później. Nie było takiej szansy, musieliśmy skupić się na tym co tu i teraz. Zakładałem codzienne długie marsze w terenie, aby wgryźć się w fiordy, odkryć nowe szlaki. Byłem przygotowany na 1-2 noce w namiocie, co pozwoliłoby nie tylko obejrzeć zachód słońca, ale również wschód w pięknych, mało oczywistych lokalizacjach, mało lub wogóle nie obfotografowanych. Nocą zaś byłby czas na zorzę. Miałem opracowane punkty docelowe, przemarsze, szlaki, zaplanowane kadry. Cała nasza ekipa aż paliła się do działania. Ogólnie wyjazd wydawał się dopięty na ostatni guzik. W ogóle nie dopuszczałem myśli, że coś może nie wyjść. Owszem, wiedziałem, że pogoda w tym roku jest wyjątkowo kapryśna. Nasz przyjaciel, który mieszka od kilkunastu lat w tych okolicach, donosił o bardzo trudnych warunkach drogowych, niezwykle obfitych opadach śniegu, przypadkach ewakuacji mieszkańców z powodu zagrożenia lawinowego. Ale to wszystko działo się w lutym. My jechaliśmy po przygodę i nic nas nie mogło zatrzymać! Przecież była już połowa marca.
Jak pewnie się domyślacie, nie wszystko poszło zgodnie z założeniami. Cóż, życie lubi płatać figle. Oczywiście przy takich wyjazdach zawsze jest czynnik ryzyka. Szczególnie przy plenerowych wypadach fotograficznych występuje element przypadkowości i trzeba liczyć się z tym, że dostaniemy od natury tylko tyle, ile w danym momencie zechce nam pokazać. Ale w najczarniejszych scenariuszach nie przewidywałem, tego co nas spotkało. Że w zasadzie przez cały okres naszego wyjazdu nie będzie zachodów słońca, nie będzie wschodów słońca, a zorza nie pojawi się nawet na chwilę…

© Rafał Nebelski Wschody Słońca wyglądały tak codziennie

I co? Po ogromnej pracy poświęconej na przygotowania, ambitnym planowaniu i ogromnych oczekiwaniach następuje rozczarowanie. Wyjazd nieudany, prawda? Fotograficzny dramat! Tak mi się przez chwilę wydawało i byłem naprawdę zły. Mądre głowy w takich razach mówią – musisz wykorzystać to co dostajesz. Nawet w najtrudniejszych warunkach wykonasz świetną fotografię! Oczywiście w pewnym stopniu zgadzam się z tymi opiniami. Trzeba starać się niepowodzenie przekuć w sukces. Mam jednak wrażenie, że zbyt często rady te, pochodzą od osób zajmujących się fotografowaniem, hmm teoretycznym. Z fotela w ciepłym mieszkaniu. Co tu dużo mówić, plan wyprawy się nie udał i było to bardzo przykre doświadczenie.
Przez większość wyjazdu nękały nas olbrzymie opady śniegu, zadymki, bardzo duży i silny wiatr, który nie pozwalał na wyjście w góry z powodu najwyższego stopnia zagrożenia lawinowego. Robiliśmy próby wejścia, ale ani razu nie udało nam się dotrzeć do miejsca docelowego, a po obsunięciu się o kilkanaście metrów jednego z kolegów, zaprzestaliśmy dalszych prób. Jak już pisałem – mamy do kogo wracać. Poza tym potworny wiatr i ciągłe zadymki skutecznie uniemożliwiały fotografowanie.

© Rafał Nebelski Volandstinden

Wnioski
Morał z tej opowieści jest taki, że mimo doświadczenia, posiadania dobrego planu i chęci musimy się liczyć z porażką. Niemożliwością zrealizowania założeń wyprawy. W żadnym razie nie przekreśla to szans przywiezienia dobrych lub bardzo dobrych fotografii. Nawet w bardzo trudnych warunkach, a może dzięki nim mogą powstać piękne, minimalistyczne krajobrazy i inne zdjęcia natury. Wydaje mi się, że kilka takich ujęć udało mi się wykonać. Niedosyt mam z tego powodu, że liczyłem na zupełnie coś innego, niż faktycznie przywiozłem. W pewnym sensie podczas marcowej wyprawy byliśmy skazani na odwiedzanie lokalizacji, w których wielokrotnie byliśmy i które dobrze znaliśmy. Co z drugiej strony dawało komfort fotografowania nawet w trudnych warunkach. Mogliśmy sobie pozwolić na eksperymentowanie i zabawę. Natomiast nie mieliśmy szans na odkrywanie nowych kadrów, poznawanie nowych szlaków. Pod tym względem był to spory zawód. Czy jest to nauczka na przyszłość? Na pewno jest to nauka. Być może warto mieć plan alternatywny, który podczas niesprzyjających warunków pogodowych ułatwi nam albo nawet dzięki tym przeciwnościom umożliwi, wykonanie fantastycznych kadrów. Czego życzę nam wszystkim!

© Rafał Nebelski Hamnoy Battle

Jeżeli zaciekawił Was artykuł i zdjęcia – zapraszam do śledzenia moich profili:
– na Instagramie: www.instagram.com/toranote/
– na Facebooku: www.facebook.com/rafalnebelski.vivid.imagination/
– i strony www: rafalnebelski.com

Rafał Nebelski

Dodaj komentarz