Rozdział 5
Adam stał po drugiej stronie ulicy pod wąskim daszkiem kiosku, z telefonem w dłoni i kluczem 1986 ciężkim w kieszeni. Fasada ministerstwa po drugiej stronie błyszczała od wody. Szkło, kamień, ochrona przy wejściu. Karty dostępu. Recepcja, która uśmiechała się tylko do ludzi z właściwym identyfikatorem. Adam znał to miejsce za dobrze. Wiedział, gdzie kamera łapała tylko czubek głowy. Wiedział, które drzwi domykały się wolniej przy dużej wilgoci. Wiedział też, że jeśli ktoś już po nim szedł, to właśnie tutaj mógł zostać zmielony przez system i wypluty jako intruz.
Wyjął telefon. Przez chwilę patrzył na numer Jakuba.
Nie chciał go w to wciągać. To była ta wersja prawdy, którą człowiek powtarzał sobie dla higieny. Druga była uczciwsza: Jakub już w tym siedział, odkąd obcy faceci znali jego długi, jego adresy i jego starszego brata.
Adam nacisnął połączenie.
Sygnał poszedł raz. Drugi. Trzeci.
— No? — odezwał się Jakub. Nie „cześć". Nie „gdzie jesteś". Tylko zmęczone, napięte „no" — sam dźwięk połączenia był kolejnym wierzycielem.
— Potrzebuję przysługi.
Po drugiej stronie zaległa cisza. Krótka, ale bardzo wymowna.
— Jasne — powiedział w końcu Jakub. — Bo ostatnio świetnie się kończą twoje przysługi.
Adam patrzył na wejście do ministerstwa. Dwóch ludzi wyszło, jeden wszedł, ochrona nawet nie podniosła głowy.
— To proste.
— Kiedy ty mówisz „proste", ja zwykle kończę z nowym problemem albo na czyimś monitoringu.
— Tym razem wystarczy, że wejdziesz do środka głównym wejściem i zrobisz hałas.
— Co?
— Awanturę. Zamieszanie. Cokolwiek. Rozlej coś. Pokłóć się. Zajmij recepcję na minutę.
Jakub wypuścił powietrze tak głośno, że prawie zagłuszyło mu ulicę.
— Ty oszalałeś.
— Możliwe.
— Nie, Adam, posłuchaj mnie. Dziś już miałem dwóch typów na karku, telefon mi prawie wybuchł od twoich prób dodzwonienia się, a ty dzwonisz i każesz mi robić teatrzyk w ministerstwie?
— Potrzebuję minuty.
— A ja potrzebuję życia bez windykatorów i starszego brata, który wciąż uważa, że jestem planem awaryjnym.
To weszło czysto. Bez krzyku. Właśnie dlatego zabolało bardziej.
Adam odczekał sekundę.
— Nadal spłacam twoje długi.
— Wiem.
— Nadal wyciągam cię z gówna.
— Też wiem.
— To zrób jedną rzecz wtedy, kiedy proszę.
Jakub milczał. Adam prawie widział jego twarz po drugiej stronie — te miękkie rysy, które robiły z niego chłopca nawet po trzydziestce. Ten moment, gdy obraza walczyła z lękiem i rachunkiem zysków.
— Co dokładnie mam zrobić? — spytał wreszcie.
Adam podał instrukcje krótko. Główne wejście. Kawa w ręku. Pięć minut. Podejść do recepcji. Udawać zdenerwowanego klienta albo partnera biznesowego, który nie może dostać się do właściwego człowieka. Im głośniej, tym lepiej.
— Mam z siebie zrobić idiotę — podsumował Jakub.
— To akurat nie będzie wymagało przygotowania.
— Pierdol się.
— Punktualnie za siedem minut.
Jakub znowu zamilkł. Potem powiedział ciszej:
— Jeśli coś mi się stanie, nie spłacisz tego następnym przelewem.
Adam ścisnął telefon mocniej.
— Nic ci się nie stanie. Będziesz przy ludziach. Przy kamerach. Przy ochronie. To najbezpieczniejsze miejsce w promieniu kilometra.
— W Warszawie? Nie rozśmieszaj mnie.
— Kuba.
Pierwszy raz użył zdrobnienia. Rzadko to robił. Za dużo w tym było wspólnego dzieciństwa.
— Minuta — powiedział. — Tylko tyle.
Po drugiej stronie rozległ się cichy śmiech. Krótki. Złamany.
— Wiesz, co jest najgorsze? — spytał Jakub. — Że kiedy mówisz takim głosem, zawsze wiem, że i tak to zrobię.
— Wiem.
— Nienawidzę tego.
— Ja też.
Połączenie urwało się bez pożegnania.
Adam schował telefon i spojrzał na budynek. Minutnik miał w głowie. Nie potrzebował ekranu. Na schodach ministerstwa pojawiła się kobieta z teczką pod pachą, potem dwóch młodych urzędników z identyfikatorami. Ochroniarz przy drzwiach poprawił rękaw marynarki. Recepcjonistka pochyliła się nad monitorem.
Adam przeszedł wzrokiem po bocznym skrzydle. Służbowe wejście było gorzej oznaczone, wciśnięte między rampę dostaw a wyjście techniczne. Zwykle zamknięte. Przy takiej pogodzie mogło być na krótko rozszczelnione przez ludzi z obsługi. Właśnie na to liczył. Nie na cud. Na zwykłe niedbalstwo.
Szósta minuta.
W siódmej Jakub pojawił się dokładnie wtedy, kiedy powinien. W jasnym płaszczu, który wyglądał zbyt drogo jak na niego i zbyt tanio jak na kogoś, za kogo chciał uchodzić. W jednej ręce trzymał kubek z kawą, w drugiej telefon przy uchu. Już z daleka gestykulował wolną dłonią. Adam prawie parsknął. Brat, nawet spanikowany, nie potrafił wejść gdziekolwiek skromnie.
Jakub wpadł do holu z rozmachem. Adam nie słyszał słów przez szybę, ale widział wszystko, co potrzebował. Ręce. Twarz. Wyrzut do recepcji. Wskazanie palcem na jakiś niewidzialny absurd. Ochroniarz podszedł krok bliżej. Recepcjonistka uniosła głowę. Jakub przechylił kubek.
Kawa poleciała szerokim, brązowym łukiem prosto na blat i dokumenty ochroniarza.
Recepcjonistka odskoczyła. Ochroniarz zaklął. Drugi z wejścia natychmiast ruszył do środka. Jakub uniósł wolne dłonie w geście niewinności tak teatralnym, że powinien dostać za to fakturę. Potem zaczął mówić szybciej. Głośniej. Z pretensją człowieka, który nie rozlewa kawy, tylko demaskuje spisek.
Adam ruszył.
Przeciął chodnik przy zmianie świateł, wszedł w wąski przesmyk przy bocznej elewacji i znalazł się w martwej strefie między kamerą nad rampą a oświetleniem serwisowym. Drzwi służbowe były niedomknięte na grubość dwóch palców. Ktoś wnosił coś wcześniej albo wynosił. Warszawa kochała fuszerkę równie mocno jak władzę.
Wsunął dłoń, pchnął, wszedł.
Uderzył go zapach linoleum, kurzu i środków czyszczących. Korytarz techniczny był pusty. Światło jarzeniowe buczało cicho pod sufitem. Adam zamknął drzwi za sobą tylko na tyle, żeby nie trzasnęły.
Ruszył szybko. Nie biegł. Bieg po pustym korytarzu to syrena alarmowa bez elektroniki. Trzymał się ścian, omijał osie kamer, które znał jeszcze z czasów, gdy w tym budynku chodził legalnie i w gorszym humorze. Przy pierwszym zakręcie zwolnił. Z daleka dobiegł stuk obcasów, potem męski kaszel i szelest papierów. Spóźnieni urzędnicy. Ten gatunek był niegroźny, ale miał oczy.
Adam wszedł w płytką wnękę przy szafie przeciwpożarowej i wstrzymał oddech.
Minęła go para pracowników. Kobieta z segregatorem przyciśniętym do piersi, mężczyzna poprawiający identyfikator. Rozmawiali o czymś nudnym i pilnym jednocześnie, czyli dokładnie jak ludzie z ministerstwa. Nie spojrzeli w bok. Poszli dalej.
Adam odczekał dwa uderzenia serca i wysunął się z wnęki.
Przeszedł przez krótszy korytarz łącznikowy, minął zablokowane drzwi do archiwum i zatrzymał się przy rogu, za którym kamera patrzyła za szeroko. Znał ten martwy punkt. Stary. Nieintuicyjny. Trzeba było przykleić się do ściany, przesuwając się bokiem, centymetr po centymetrze.
Z przeciwka rozległy się kolejne kroki. Tym razem cięższe.
Adam cofnął się o krok i wsunął za wózek z pojemnikami na dokumenty czekające na niszczarkę. Kartony pachniały kurzem. Ktoś szedł wolno, z tempem człowieka, który ma klucze do pomieszczeń i przekonanie, że budynek należy do niego. Ochrona albo administracja.
Mężczyzna minął wózek, nie zwalniając. Miał pęk kluczy przy pasku i twarz tak zwyczajną, że aż niewidzialną. Adam patrzył na jego plecy, dopóki nie zniknęły za skrętem.
Potem ruszył dalej.
Im głębiej wchodził, tym bardziej czuł znajomy układ miejsca pod skórą. Tu kiedyś stał automat z kawą. Tu ktoś palił przy oknie, choć nie wolno było. Tu w rogu kamera niby działała, a od miesięcy łapała tylko śnieg i pół sufitu. Ministerstwo nie było fortecą. Było zlepkiem rutyn, zaniedbań i fałszywego poczucia kontroli. To właśnie ratowało dziś Adamowi skórę.
Przy ostatnim skrzyżowaniu korytarzy usłyszał z oddali podniesione głosy z frontu budynku. Jakub dalej grał swój numer. Dobrze. To znaczyło, że jeszcze go nie uciszyli ani nie wyprowadzili.
Adam skręcił w boczne skrzydło, gdzie mieściły się pokoje ludzi od papierów, analiz i spraw, które oficjalnie nie istniały po osiemnastej. Tu było pusto. Za cicho. Jarzeniówki rzucały blade, zmęczone światło na drzwi z tabliczkami. Jedne zamknięte. Drugie zamknięte. Trzecie też.
Jego biuro czekało na końcu krótkiego korytarza.
Drzwi były uchylone.
Uchylone o kilka centymetrów — wystarczyło, żeby Adam wiedział, że nie wchodzi do własnego pokoju, tylko na cudzy ślad. Ktoś szukał konkretnie. Szybko. Bez szacunku do papieru i bez czasu na porządek.
Wsunął się do środka i od razu zamknął za sobą drzwi. Pokój wyglądał tak, jakby przeszedł przez niego mały, kompetentny huragan. Szuflady wisiały wysunięte. Segregatory leżały otwarte na podłodze. Kartki walały się pod krzesłem i przy grzejniku. Ktoś zrzucił nawet osłonę z lampki biurkowej.
Adam obrócił się raz. Nie po to, by się oburzyć — po to, by policzyć. Co zabrano. Co tylko otwarto. Co pozostawiono. Szukali czegoś niewielkiego. Czegoś, co dało się wsunąć do kieszeni. Nie przyszli niszczyć. Przyszli znaleźć.
— Spóźniłem się — powiedział cicho.
Na złość nie było czasu. Złość była luksusem ludzi, których jeszcze nie goniono.
Podszedł od razu do ściany z obrazem. Nudny pejzaż, kupiony lata temu tylko dlatego, że był wystarczająco nijaki, by nikogo nie kusić. Zdjął go szybko. Za nim była kratka wentylacyjna. Standardowa. Tanio zamocowana. Też już musieli ją oglądać, skoro wszystko było rozprute. Problem polegał na tym, że oglądanie to nie to samo co wiedza.
Adam wyjął scyzoryk. Ostrze wsunął pod łeb pierwszej śruby. Obrót. Potem drugi. Pracował szybko, ale bez pośpiechu idioty. Jedna śruba spadła mu na wykładzinę i potoczyła się pod ścianę. Nie schylił się po nią. Druga puściła z oporem. Trzecia była już luźna. Kiedy odciągnął panel, w ścianie ukazała się mała, matowoczarna skrytka. Płaska. Wąska. Taka, jakiej nie zauważał człowiek, jeśli nie wiedział, że liczy się każdy centymetr głębokości między cegłą a instalacją.
Sejf wyglądał niepozornie. Klawiatura numeryczna. Brak loga. Brak śladów po dłubaniu. Czyli nie znaleźli. Albo znaleźli i nie otworzyli.
Adam zawisł palcami nad klawiszami.
Data śmierci ojca.
Nienawidził, że właśnie tego kodu używał. Nienawidził, że wybrał go kiedyś z praktycznego powodu — bo takich dat się nie zapomina. Nienawidził jeszcze bardziej, że dziś palce lekko mu stwardniały, kiedy wciskał cyfry.
Pik. Pik. Pik. Pik.
Krótka pauza.
Zamek kliknął.
Adam wziął oddech dopiero wtedy, kiedy drzwiczki puściły.
W środku leżały dwie rzeczy. Pierwsza była niewielka, stalowoszara, z portem i wąskim wyświetlaczem. Sprzętowy klucz deszyfrujący. Właśnie to, po co tu wszedł. Druga była cięższa od samego wyglądu. Czarna teczka, cienka, ale zbita dokumentami. Jego polisa ubezpieczeniowa. Kopie. Notatki. Wydruki. Rzeczy zbierane latami nie z odwagi obywatelskiej, tylko z prostego instynktu zawodowego. W mieście takim jak Warszawa człowiek pracujący przy cudzym brudzie trzymał coś na każdego. Nie po to, żeby użyć. Po to, żeby przeżyć moment, kiedy ktoś pierwszy wyciągnie rękę po jego gardło.
Adam wyjął najpierw klucz. Chłodny metal usiadł mu w dłoni pewnie. Zaraz potem wsunął pod pachę teczkę, otworzył ją szybko i przejrzał pobieżnie zawartość. Wszystko było. Nazwiska. Numery działek. Stare powiązania spółek. Kilka kopii korespondencji, która nigdy nie powinna istnieć poza zaszyfrowanym serwerem. Nie miał czasu czytać. Miał tylko czas sprawdzić, czy jego przyszłość dalej ma wartość rynkową.
Wsunął klucz do wewnętrznej kieszeni kurtki. Teczka weszła pod materiał gorzej, ale dało się. Ułożył ją płasko przy żebrach i zasunął zamek.
Wtedy usłyszał kroki.
Nie jedne. Kilka. Zbliżały się pewnie, bez prób ciszy. Ktoś szedł tu z prawem do miejsca. Albo z przekonaniem, że prawo kupił.
Adam odwrócił głowę ku drzwiom. Serce uderzyło raz, twardo.
Panel wentylacyjny wciąż leżał zdjęty. Obraz oparty o ścianę. Sejf otwarty.
— Kurwa.
Nie było czasu przywrócić wszystkiego. Mógł zamknąć skrytkę. Zrobił to. Drzwiczki kliknęły. Ale panelu już nie przykręci. Kroki były pod samymi drzwiami.
Adam rzucił się do biurka. Nie za nie. Pod nie. Kolanem uderzył o szufladę, łokciem o metalową nogę. Ból poszedł po ręce aż do barku, ale wcisnął się głębiej w cień, przyciągając nogi do klatki. Kurz pachniał papierem i starym plastikiem. Przez szczelinę między fotelem a podłogą widział tylko pas wykładziny, własny but i drzwi.
Klamka nacisnęła się w dół.
Do pokoju wszedł Tomasz Grochowski.
Adam poznał go od razu po butach i tempie. Drogie, ciemne oksfordy, nigdy niebrudzące się naprawdę. Krok człowieka, który całe życie wchodził do cudzych pomieszczeń tak, jakby wyceniał metraż. Za nim weszło dwóch ochroniarzy. Cięższe podeszwy. Mniej klasy. Więcej użyteczności.
Grochowski zatrzymał się przy środku pokoju. Adam widział tylko dolną część jego płaszcza i kant spodni idealnie ostrych mimo pogody. Jeden z ochroniarzy kopnął lekko papier leżący na podłodze.
— Ktoś nas ubiegł? — zapytał ochroniarz.
— Nie bądź głupi — odparł Grochowski. Głos miał chłodny, oszczędny, z irytującym spokojem ludzi, którym rzadko odmawiano. — To wygląda dokładnie tak, jak ma wyglądać po pierwszym wejściu. Przeszukajcie wszystko jeszcze raz. Musi tu być coś związanego z hotelem Victoria lub Betonem.
To słowo weszło pod biurko jak ostrze. Adam poczuł, jak plecy same przywierają mocniej do drewna.
Jeden z ochroniarzy ruszył w stronę ściany z panelem. Drugi podszedł do biurka.
Adam widział jego buty coraz bliżej. Czarne. Mokre przy podeszwach.
Pot spłynął Adamowi po czole do skroni.
Ochroniarz stanął tuż przy biurku.
Buty ochroniarza zatrzymały się tak blisko, że Adam widział na czubku jednego zaschniętą rysę, jak po kopnięciu krawężnika. W takim momencie człowiek nagle słyszał za dużo. Własną krew. Szum jarzeniówki. Skórę trącą o drewno biurka, kiedy oddech robił się płytszy niż powinien.
— Tu też już było grzebane — mruknął ochroniarz.
— To nie odkrycie, tylko obserwacja — odparł Grochowski. — Szukaj dalej.
Ochroniarz przy biurku przesunął stopą po wykładzinie. Adam zobaczył, jak czubek buta zmienia kierunek. Jeszcze pół kroku i facet mógł pochylić się niżej. Wystarczyłby jeden ruch, jedno spojrzenie pod blat.
Zamiast tego ochroniarz pociągnął za szufladę. Drewno zgrzytnęło. Coś wypadło na podłogę.
— Nic — powiedział.
— „Nic" to nie jest odpowiedź — rzucił Grochowski. — Jeśli Borowski miał rozum, trzymał to tutaj albo w pobliżu. Jeśli nie miał rozumu, już dawno nie żyje.
Adam poczuł, jak szczęka sama zaciska mu się mocniej.
Drugi ochroniarz stanął przy ścianie z odsuniętym obrazem.
— Szefie.
Grochowski podszedł. Adam widział jego buty obracające się na pięcie. Chwilę później zapadła cisza tak ciężka, że prawie dało się usłyszeć, jak wszyscy patrzą na zdjęty panel.
— Czyli jednak — powiedział Grochowski cicho.
W jego głosie nie było triumfu. Była irytacja człowieka, który nie dostał rzeczy, tylko ślad po niej.
— Otwierał to niedawno. Śruby świeże. Kurz ruszony.
Adam wstrzymał oddech jeszcze bardziej.
— Jesteśmy za późno? — spytał jeden z ochroniarzy.
— Jeszcze nie wiem. Ale jeśli Borowski tu był, to nie przyszedł po spinacze. Szukajcie dalej. Szczególnie papierów. I wszystkiego, co może łączyć go z hotelową naradą.
Naradą. Nie spotkaniem. Naradą.
Jedno słowo, a od razu było jasne, że Victoria nie była tylko nazwą z anonimowego SMS-a. Coś większego. Oficjalniejszego w swojej nieoficjalności.
Grochowski wrócił do biurka. Oparł dłonie o blat. Potem zaczął stukać palcami. Równo. Krótko. Bez nerwowego szarpania. To było gorsze niż krzyk. Ten dźwięk mówił jasno: myślę, liczę, łączę.
Stuk. Stuk. Stuk.
Adam znał ten typ ludzi. Tacy nie gubili cierpliwości. Tacy z cierpliwości robili nóż.
— Wanecka nie płaci mi za opóźnienia — powiedział Grochowski po chwili.
Jeden z ochroniarzy prychnął krótko.
— Jeśli to ma związek z Listą Beton, zapłaci jeszcze więcej — dodał drugi.
Grochowski przestał stukać.
— Nie wypowiadaj tej nazwy jak plotki z baru. Jeśli istnieje pełny materiał, nie mówimy o pieniądzach z jednej inwestycji. Mówimy o strukturze. O nazwiskach. O ludziach, którzy od trzydziestu lat siedzą wysoko i lubią to miejsce.
Adam poczuł, jak słowa wchodzą w niego ciężko. Nie dlatego, że były nowe — dlatego, że potwierdzały najgorsze wersje.
Ochroniarz przy ścianie odsunął jeszcze jeden segregator nogą.
— Czysto.
— To niemożliwe. Borowski nie należy do ludzi, którzy pracują bez polisy.
Grochowski chodził po pokoju wolno, dwoma krokami w jedną stronę, dwoma w drugą. W końcu zatrzymał się.
— Sprawdźcie pokój obok i archiwum na końcu korytarza. Jeśli przeniósł coś wcześniej, mógł mieć tam schowek albo kopię.
— A tu?
— Zostawić na razie. I tak wrócimy.
Buty ruszyły. Najpierw ochroniarze, potem Grochowski. Drzwi otworzyły się, zamknęły. Kroki oddaliły się. Potem cisza.
Adam nie ruszył się od razu.
Liczył w głowie. Pięć. Siedem. Dziesięć. Dwanaście.
W takich chwilach najłatwiej było zepsuć wszystko głupim pośpiechem. Ludzie wracali po zapalniczkę, po telefon, po jedno jeszcze spojrzenie. Cierpliwość nie była cnotą. Była narzędziem.
Dopiero po kilkunastu sekundach wysunął się spod biurka. Powoli. Mięśnie miał spięte tak, jakby ktoś przez ostatnie minuty skręcał je kombinerkami. Wstał, poprawił kurtkę i spojrzał na ścianę z otwartym panelem. Nie było mowy, żeby to teraz naprawiać. Wystarczyło, że sejf był pusty.
Ruszył ku drzwiom.
I wtedy łokciem trącił kubek stojący na skraju blatu.
Na sekundę naczynie zawisło w powietrzu. Potem spadło.
Porcelana uderzyła o podłogę z ostrym, suchym trzaskiem.
Adam zaklął i rzucił się do drzwi.
— Tam! — wrzasnął ktoś z korytarza.
Nie alarm elektroniczny. Gorszy — ludzki. Natychmiastowy.
Adam wypadł na korytarz i pobiegł w stronę klatki schodowej. Za plecami rozległ się tupot ciężkich butów. Grochowski nie krzyczał. Ochroniarze owszem.
— Stój!
— Zamknąć dół!
— Lewą stroną!
Adam nie oglądał się. Korytarz ślizgał się pod butami. Minął zakręt, prawie wpadł na stojak z parasolami, odbił barkiem od ściany i dopadł do drzwi klatki schodowej. Popchnął je całym ciężarem.
Schody połknęły go od razu.
Zbiegał po kilka stopni naraz. Metalowa poręcz była zimna. Echo jego kroków mieszało się z echem pościgu. Jedno piętro. Drugie. Trzecie. Z góry huknęły drzwi. Ktoś ich było więcej, niż chciał liczyć.
Oddech szarpał mu płuca. Udo odezwało się bólem po zeskoku z półpiętra, ale ból był tylko informacją. Nie poleceniem.
Na poziomie minus jeden drzwi były zamknięte na samozamykacz. Wyrżnął w nie barkiem i wpadł do podziemnego parkingu.
Uderzył go chłód. I zapach — benzyna, stary beton, woda ściekająca z instalacji. Miejsce było półciemne, oświetlone nierówno. Światła alarmowe rzucały czerwone błyski na posadzkę. Kałuże zbierały światło w nierównych plamach.
Adam skręcił między rzędy samochodów. Ciemne sedany. Służbowe kombi. Jeden terenowy z przyciemnionymi szybami. Każdy mógł być schronieniem na sekundę i pułapką na dwie.
Za nim otworzyły się drzwi klatki. Krzyk odbił się od stropu.
— Na parkingu!
Adam kluczył między maskami, schylając się nisko, gdy czerwony błysk alarmowego światła odsłaniał zbyt wiele sylwetki. Odbicia w posadce kłamały. Raz pokazały ruch po lewej, którego nie było. Innym razem nie pokazały nic, choć ktoś stał trzy auta dalej.
Skręcił przy słupie oznaczonym żółto-czarną taśmą. Przed nim ciągnęła się ślepa odnoga z zamkniętą bramą techniczną. Za nim odgłos butów rozchodził się szeroko. Miał może pół minuty, zanim go zetną.
Wtedy między dwoma samochodami wyrosła ciemna sylwetka.
Sylwetka zrobiła krok z cienia i Adam już cofał ciężar na tylną nogę, gotów odbić w bok albo walnąć pierwszy. Dopiero po sekundzie rozpoznał sposób, w jaki stała. Bez marnowania ruchu. Bez paniki. Anna Czarnecka uniosła dłoń na wysokość piersi, płasko, jak znak dla nerwowego psa.
— Tędy — powiedziała.
Nie tłumaczyła. Nie prosiła. Wskazała wąski przesmyk między betonowym słupem a ścianą techniczną, gdzie z daleka wyglądało, jakby kończył się tylko cień. Adam spojrzał tam i dopiero teraz zobaczył drzwi serwisowe w kolorze brudnego metalu. Bez oznaczeń. Prawie niewidoczne.
Za jego plecami huknęły kolejne kroki.
— Na lewo! — ryknął ktoś.
— Sprawdźcie przy bramie!
Adam spojrzał z powrotem na Annę.
Parkingowe światło ślizgało się po jej krótkich włosach. Twarz miała spokojną. Za spokojną jak na człowieka stojącego pomiędzy ściganym a pościgiem. Ręka nie drżała. Oczy też nie.
— Dlaczego? — spytał.
— Bo za pięć sekund będziesz miał mniej opcji.
To akurat brzmiało uczciwie.
Anna odwróciła się i otworzyła drzwi. Nie czekała, aż zdecyduje. Po prostu weszła. Adam usłyszał znowu ciężkie buty, bliżej niż przed chwilą. Wybrał mniejsze ryzyko. Ruszył za nią.
Korytarz techniczny był wąski i niski. Pachniał kurzem, smarem i wodą stojącą gdzieś pod kratkami. Rury biegły pod sufitem w ciasnych rzędach. Co kilka metrów wisiała naga żarówka w metalowej osłonie. Anna poruszała się szybko, ale nie chaotycznie. Raz skręciła w boczny przesmyk, raz zatrzymała go krótkim gestem przy drzwiach z czytnikiem, którego nie użyła. Zamiast tego otworzyła kluczem mechanicznym. Starym. Prostym. Takim, który znaczył więcej niż każda karta dostępu.
Adam szedł pół kroku za nią.
Nie ufał jej. Nie ufał też nikomu, kto wiedział, jak ominąć kamery w budynku pilnowanym przez ludzi Grochowskiego. Ale na razie nie chodziło o zaufanie. Chodziło o geometrię ucieczki.
— Pracujesz dziś dla kogo? — spytał cicho.
Anna nie odwróciła głowy.
— Dziś dla siebie.
— To dopiero niepokojące.
— Przy tobie wszystko jest niepokojące.
Doszli do krótkich schodków prowadzących w górę. Na końcu stalowa klapa, potem kolejny korytarz, już chłodniejszy. Gdzieś obok buczała wentylacja. Pościgu nie było słychać. Albo zgubili trop, albo Anna wiedziała, którędy nie szukać.
To drugie było bardziej prawdopodobne.
W końcu pchnęła boczne drzwi i wyszli na zewnątrz, pod wąską markizę przy bocznej ścianie budynku. Ulica była prawie pusta. Auta przejeżdżały z szumem po asfalcie.
Anna zatrzymała się tuż przy murze. Adam stanął naprzeciw niej, jeszcze z przyspieszonym oddechem, jeszcze z ucieczką w mięśniach.
— No dobrze — powiedział. — Teraz wersja bez skrótów.
Spojrzała na niego twardo. Żadnej satysfakcji z tego, że to ona prowadziła rozmowę.
— Wanecka wie, że ją masz.
Adam nawet nie zapytał „co". W tym momencie lista była jedyną rzeczą, o którą warto było zabić, kupić albo sprzedać pół miasta.
— Szybko się dowiedziała.
— Szybcy są ludzie wokół niej.
— A ty jesteś jednym z nich?
— Czasem.
— Ile ci kazała powiedzieć? — spytał.
— Pięć milionów euro za listę.
Padło to bez akcentu. Jak cena działki. Jak suma na slajdzie w prezentacji inwestycyjnej.
Adam parsknął krótko.
— Tylko tyle?
— Za samą listę. Za milczenie pewnie dałaby więcej.
— Czyli to jednak pułapka.
Anna wzruszyła ramionami. Minimalnie.
— W Warszawie oferta i pułapka często są tym samym dokumentem, tylko podpis składa się później.
Adam wsunął dłoń do wewnętrznej kieszeni kurtki. Sprawdził pod materiałem krawędź teczki, chłód sprzętowego klucza, małe twarde ciało pendrive'a. Wszystko było na miejscu.
— Skąd mam wiedzieć, że to nie prowadzi prosto pod nóż?
Anna spojrzała przed siebie, nie na niego.
— Nie musisz wiedzieć.
— Świetna rekomendacja.
— Lepszej nie mam.
Odwróciła głowę z powrotem. Twarz nieruchoma. Blada od zimna i zawodowego wycofania.
— Ale zastanów się nad czymś innym. Czy warto umierać za cudzą sprawę.
To zdanie siadło między nimi ciężko. Adam od razu pomyślał o Kamilu na trawie. O Majewskim z kluczem 1986. O ojcu, którego legenda właśnie zaczynała przeciekać. O Jakubie z kawą rozlaną na recepcji, bo starszy brat znowu poprosił.
Cudza sprawa. Tak się zaczynały wszystkie trumny w tym mieście. Od cudzego interesu, cudzego długu, cudzego sekretu. Problem polegał na tym, że po drodze wszystko mieszało się z własnym nazwiskiem.
— Jeśli to cudza sprawa — powiedział — to dlaczego Wanecka tak bardzo się boi?
Anna przez chwilę nic nie mówiła. Potem:
— Bo nie boi się przeszłości. Boi się ciągłości.
Tego nie trzeba było tłumaczyć.
Anna poprawiła kołnierz kurtki.
— Nie szukaj mnie — powiedziała.
— Nie planowałem.
— Kłamiesz.
— Tylko zawodowo.
To niemal przypominało rozmowę dwojga ludzi, którzy mogliby się kiedyś nawzajem szanować, gdyby nie pracowali po przeciwnych stronach tej samej rdzy.
Anna odwróciła się i odeszła bez oglądania się za siebie. Nie przyspieszyła. Nie kryła się. Po prostu zniknęła w szarości miasta tak, jak znikają profesjonaliści — bez śladu, który można chwycić ręką.
Adam został jeszcze kilka sekund.
Potem wyjął z kieszeni pendrive Kamila. Mały, czarny, niewinny z wyglądu. W drugiej kieszeni czuł sprzętowy klucz deszyfrujący. Miał oba elementy. Miał też czarną teczkę, skrytkę 1986 w głowie i świadomość, że Wiktoria Wanecka właśnie wyceniła jego życie lepiej, niż robił to ktokolwiek wcześniej.
Ruszył w ciemność ulicy.
Nie dlatego, że miał plan. Dlatego, że stanie w miejscu było już formą samobójstwa.
-e