Lista Beton  ·  Warsaw Noir  ·  Thriller polityczny

Rozdział 19 z 21

Dariusz Budyta Spis treści

Klatka schodowa śmierdziała wilgocią, farbą odchodzącą płatami i gotowaną kawą z któregoś piętra, tak mocną, jakby miała utrzymać przy życiu cały budynek. Adam wchodził po schodach powoli, nie z ostrożności, tylko dlatego, że ciało wreszcie zaczynało wystawiać rachunek za noc, której Warszawa jeszcze nie zdążyła dobrze nazwać.

Przedwojenna kamienica na Pradze trzymała się siłą przyzwyczajenia. Stopnie były starte pośrodku. Metalowa poręcz lepka od zimna. Na półpiętrze ktoś wystawił reklamówkę z butelkami do zwrotu, pod ścianą stał dziecięcy rowerek bez jednego pedału. Z mieszkań sączyły się zwykłe dźwięki: telewizor, kaszel, garnek stukający o kuchenkę. Miasto nawet po własnym pęknięciu nadal umiało udawać codzienność.

Pod drzwiami matki usłyszał ludzi, zanim zapukał. Nie jedną rozmowę. Kilka. Nakładające się półgłosem, urwane, czujne. Papier przesuwany po stole. Szklanka odstawiona na spodek. Ktoś zakaszlał tym suchym kaszlem starszych palaczy, którzy przeżyli komunę, transformację i własny rozsądek.

Otworzył bez czekania.

Uderzyło w niego ciepło, zapach żubrówki, mokrych płaszczy i tuszu z drukarki. Salon matki, zwykle mały, nagle wydawał się jeszcze mniejszy przez ludzi. Było ich kilkanaście. Helena stała przy oknie z filiżanką w dłoni, jakby od dawna czekała dokładnie na ten moment i nie widziała sensu robić z tego sceny. Alicja Grabowska okupowała stół, cały zasłany wydrukami, mapami i gazetami. Ewa Rutkowska siedziała na skraju wersalki z laptopem na kolanach i ładowarką ciągnącą się przez pół pokoju jak kabel od polowego przesłuchania. Po kątach i przy ścianach stali starsi mężczyźni i kobiety, których Adam nie znał z imienia, ale rozpoznawał ten typ twarzy. Ludzie z tamtych lat. Kości policzkowe wyostrzone przez historię. Oczy, które widziały już za dużo zebrań w mieszkaniach, żeby dać się nabrać na oficjalne komunikaty.

Na stole między poplamioną ceratą a stertą wydruków stały kieliszki i butelka żubrówki. Prawie pełna. Jeszcze.

Helena spojrzała na niego krótko.

— Jesteś.

Nie było w tym ulgi. Nie dlatego, że jej nie czuła. Po prostu w tej rodzinie ulga nigdy nie chodziła w pierwszym rzędzie.

— Jak widać.

Przesunął wzrokiem po pokoju. Alicja miała włosy niedbale związane, pod oczami sine cienie, ale ruszała się dalej szybko, jakby zmęczenie uznała za jeszcze jeden przeciwny urząd do obejścia. Ewa wyglądała jeszcze gorzej. Cera papierowa od kofeiny i braku snu. Palce stale na klawiaturze. Przy jednym z krzeseł siedział starszy mężczyzna z twarzą dawniego robotnika, przy drugim kobieta z krótkimi siwymi włosami i torbą pełną dokumentów na kolanach. Nikt tu nie przyszedł na stypę. To było coś pomiędzy naradą, poborem i spóźnionym aktem oskarżenia.

Helena odstawiła filiżankę i sięgnęła po butelkę.

— Zdejmij kurtkę. Nanosicie mi Warszawy do mieszkania.

Adam zsunął mokry płaszcz i zawiesił go na oparciu krzesła. Bark bolał go przy tym tępo, głęboko, jakby ciało dopiero teraz przeglądało raport z ostatnich godzin. Dłoń, którą wtedy zaciskał na linie, nadal miał obdartą. Skóra ściągała przy każdym ruchu. Nie patrzył na nią. Nie chciał dziś oglądać własnych dowodów rzeczowych.

Helena zaczęła nalewać. Bez toastowej pompy. Kieliszek po kieliszku. Równo. Pewnie. Gospodyni konspiracji, nie wdowa z filmu. Podawała szkło z ręki do ręki, aż w końcu jeden trafił do Adama.

Zatrzymał go w palcach.

Alicja podniosła swój pierwsza. Nie wysoko. Tylko tyle, żeby wszyscy widzieli.

— Za Tadeusza — powiedziała krótko. — Za to, co próbował zrobić.

W pokoju zapadła ta osobliwa cisza, w której ludzie godzą się na uproszczenie, bo nie mają siły walczyć o pełniejszą wersję. Kieliszki uniosły się nad stołem. Starsza kobieta przy drzwiach skinęła głową. Mężczyzna z twarzą robotnika zacisnął usta. Ewa nawet nie oderwała wzroku od ekranu od razu, tylko dopiero po sekundzie podniosła szkło wolną ręką.

Adam nie.

Stał z kieliszkiem przy udzie i patrzył na kredens.

Na górze, oparty o ceramiczny wazon, stał czarno-biały kadr ojca. Lata osiemdziesiąte. Tadeusz młodszy, chudszy, z twarzą jeszcze nieprzygniecioną tym wszystkim, co później udawało odpowiedzialność. Patrzył w obiektyw z tym twardym półuśmiechem ludzi, którzy wtedy wierzyli, że historia jest czymś, co można jeszcze popchnąć właściwym barkiem.

Adam patrzył na to zdjęcie i czuł, jak wszystkie wersje ojca znowu próbują wejść do jednego pomieszczenia. Tadeusz przy stole z Zielińskim. Tadeusz z notatkami o rdzeniu wieży. Tadeusz w Victorii obok ludzi, którzy kroili państwo jak tort dla swoich. Tadeusz bohater. Tadeusz wspólnik. Tadeusz spóźniony zdrajca własnego układu. Żadna z tych twarzy nie chciała się uczciwie zmieścić w jednym toaście.

— Borek — mruknęła Ewa cicho, bez złośliwości. — Albo pij, albo wygłośnij polemikę.

Spojrzał na nią. Potem znowu na zdjęcie.

W końcu podniósł kieliszek.

— Za to, że choć raz spróbował — powiedział.

To było najuczciwsze, na co go było stać.

Wypił. Żubrówka weszła ostro, trawą i spirytusem. Nie rozgrzała. Tylko przecięła na chwilę mgłę w głowie.

Helena odstawiła swój kieliszek bez grymasu.

— Siadajcie — rzuciła. — Od stania Polska jeszcze nikomu się nie naprawiła.

Ludzie poruszyli się, poprzesuwali papiery, ktoś przysiadł na podłokietniku, ktoś podsunął krzesło. Adam oparł się o ścianę zamiast siadać. Czuł, że jeśli usiądzie za głęboko, może już nie chcieć wstać.

Ewa stuknęła w klawiaturę, zamknęła jakieś okno i dopiero wtedy spojrzała na wszystkich jak człowiek, który ma złe wiadomości podane w dobrej oprawie.

— To już nie jest warszawska historia — powiedziała. — Dwa niemieckie tygodniki wrzuciły tłumaczenia moich tekstów w nocy. Francuzi biorą skróconą wersję z dokumentami. Jeden holenderski portal puścił interaktywną mapę powiązań. Ktoś z Brukseli właśnie pyta o dostęp do surowych plików.

Alicja oparła dłonie o stół.

— A prokuratury?

— Trzy europejskie już się odezwały. — Ewa odchyliła ekran, jakby sama ilość maili mogła ich wszystkich dodatkowo obrazić. — Jedna chce materiałów o przepływach finansowych przez fundacje. Druga pyta o nieruchomości i spółki-córki. Trzecia interesuje się ludźmi z dawnych służb, którzy potem robili interesy na Zachodzie. Wygląda na to, że nasi patrioci przez lata kradli bardziej międzynarodowo, niż reklamowali.

Starszy mężczyzna przy oknie prychnął.

— To dobrze. Tu by ich zakopali w terminach.

— Jeszcze spróbują — powiedziała Ewa. — Ale problem z zagranicą jest taki, że nie odbiera telefonu od wiceministra i nie pyta, jak to ładniej ubrać.

Adam słuchał i czuł, jak miasto rozszerza się mu pod skórą. Jeszcze kilka dni temu to było podziemie wieży, krypty, tunele, kilka nazwisk, jeden brat na cudzym ekranie. Teraz ten sam brud szedł przez serwery, granice, redakcje, prokuratury. Warszawa nagle przestała być wystarczająco duża, żeby się w sobie ukryć.

— Sawicki? — zapytał.

Alicja odpowiedziała od razu.

— Udaje zamach polityczny na demokrację. Mówi o „skoordynowanej destabilizacji państwa”. O „obcych interesach”. O „fałszywych materiałach zmontowanych przez grupy nacisku”.

— Czyli klasyka — mruknął Adam.

— Tak. Tylko tym razem klasyka ma problem z podpisami, sygnaturami i nagraniami. — Alicja przesunęła po stole plik kartek. — Ludzie już widzieli za dużo.

Z korytarza dobiegł dźwięk otwieranych drzwi. Potem krótki stuk butów i znajomy głos:

— Nie zaczynajcie beze mnie rodzinnego sądu, dobra?

Jakub wszedł do pokoju z parasolem złożonym byle jak i twarzą, która nadal nosiła ślady wieży. Podbite oko żółkło już przy brzegu, schodząc z granatu w brudny fiolet i zieleń. Warga zagoiła się źle, lekko asymetrycznie. Mimo to próbował nieść się jak zwykle, z tą swoją miękką pewnością człowieka, który całe życie zagaduje katastrofy, zanim one zorientują się, że powinny go zabić.

Tym razem działało to słabiej.

Helena spojrzała na niego od razu.

— Spóźniłeś się.

— Dzięki, mamo, właśnie po to wpada się do rodzinnego domu. Po informacje zwrotne.

Ale podszedł do niej pierwszy i pochylił się na tyle, żeby mogła poprawić mu kołnierz. Zrobiła to odruchowo. Jednym szarpnięciem. Potem dotknęła jeszcze na sekundę zdrowego policzka. Tyle czułości, ile ta rodzina dopuszczała przy świadkach.

Jakub rozejrzał się po pokoju, po kieliszkach, po twarzach starych ludzi, po Adamie przy ścianie.

— Widzę, że pełna sala. Super. To mam dwa prezenty.

— Jeśli to znowu jest dług — powiedział Adam — wyjdź i wróć z kwiatami.

Jakub prychnął krótko. Usiadł na wolnym krześle, jakby zmęczenie dopadło go dopiero wtedy, gdy już był bezpieczny.

— Pierwszy prezent jest taki: Wiktoria żyje.

Nikt się nie poruszył. To była ta zła forma ciszy, kiedy człowiek nie jest zaskoczony, tylko rozdrażniony potwierdzeniem.

Jakub oparł łokcie na kolanach.

— Połamana, poskładana, ale żyje. Oficjalnie areszt domowy do czasu śledztwa. Nie oficjalnie: jej ludzie już latają z papierami, żeby to uchylić albo rozmiękczyć. Pierwsze wnioski poszły dziś rano.

— Oczywiście — mruknęła Ewa. — Warszawski cud medyczno-prawny. Spadasz z wieży, a lądujesz w procedurze premium.

Starsza kobieta z torbą westchnęła ciężko.

— Będą ją ratować.

— Będą ratować siebie — poprawił Adam.

To było prostsze i bliższe prawdy.

Jakub skinął.

— Właśnie. Drugi prezent jest lepszy. Grochowski zgłosił się do prokuratury jako sygnalista. Siedzi, gada i składa zeznania przeciwko całej sieci. W zamian chce immunitetu, ochrony i zapewne nowego życia w kraju, gdzie nikt nie rozumie polskich aktów notarialnych.

Przy stole zapadła cisza jeszcze cięższa niż wcześniej.

Alicja wyprostowała się powoli.

— Tomasz Grochowski?

— Ten sam. Architekt od eleganckich gniazd pasożytów. — Jakub wzruszył ramionami, po czym od razu skrzywił się, bo ciało nie podzielało już jego gestykulacyjnych ambicji. — Podobno przyszedł z własnym pełnomocnikiem i pendrive’ami. Jak porządny obywatel wreszcie gotów współpracować.

Helena odstawiła filiżankę na spodek z takim spokojem, że dźwięk porcelany zabrzmiał ostrzej niż powinien.

— Szczury pierwsze opuszczają budynek — powiedziała.

Nikt nie zaprzeczył. Nie było sensu.

Adam patrzył na brata. Na spóźnione wejście, rozbitą twarz, złość zamienioną w dowcip, informacje przyniesione jak brudne zakupy z miasta. Jakub przeżył. Wciąż był Jakubem. To powinno wystarczyć za ulgę. Nie wystarczało. Bo ulga w Warszawie zawsze przychodziła z odsetkami.

Alicja odwróciła się do niego. Bez krążenia. Bez wstępów.

— Złożysz zeznania?

Pytanie padło przez pokój czysto, jak strzał oddany do tarczy z bliska. Starsi ludzie zamilkli od razu. Ewa uniosła wzrok znad laptopa. Helena nic nie powiedziała, tylko patrzyła na niego spokojnie, z filiżanką przy spodku. Jakub też patrzył. Już bez uśmiechu.

Adam przez chwilę nie odpowiadał.

Spojrzał najpierw na brata. Na siniak, który żółkł na jego twarzy jak tani dowód, że człowiek nie wychodzi z takich miejsc za darmo. Potem na matkę. Małą, prostą, twardą. Trzymała się tak, jakby przez całe życie ćwiczyła właśnie tę sekundę: moment, w którym syn albo podejdzie do stołu z prawdą, albo z kolejnym praktycznym kłamstwem.

Nie wiedział jeszcze, którą drogę wybierze.

I pierwszy raz od dłuższego czasu nie próbował udawać, że wie.

— Jeszcze nie wiem — powiedział.

To zdanie zostało w pokoju na dłużej niż dym po wódce. Nikt go nie pochwalił. Nikt nie skrytykował. Bo wszyscy byli już za starzy albo za zmęczeni, żeby mylić uczciwą niepewność z tchórzostwem.

Za oknem Praga mokła po swojemu. W środku historia siedziała przy stole, piła żubrówkę i czekała, aż ktoś wreszcie zdecyduje, ile naprawdę jest wart własny podpis.

O ósmej rano deszcz nie robił już wrażenia katastrofy. Był gorszy. Uparty. Drobny. Taki, który nie zmywał miasta, tylko trzymał je cały dzień w stanie wilgotnego przesłuchania.

Adam wyszedł z kamienicy Heleny, stawiając kołnierz kurtki wyżej i od razu czując na twarzy ten chłodny, równy opad, który nie potrzebował dramatyzmu, żeby człowieka zmęczyć. Podwórko pachniało mokrym tynkiem i śmietnikiem. Brama skrzypnęła za nim starym metalem, a on przez krótką sekundę miał ochotę zawrócić na górę, usiąść przy stole matki i udawać, że kraj może poczekać do poniedziałku.

Nie mógł.

Praga wyglądała inaczej niż tydzień temu. Nie lepiej. Inaczej. Jak twarz po źle zszytym rozcięciu. Na murze naprzeciw wisiał plakat Sawickiego z rozdartym środkiem. Z uśmiechu została połowa ust i kawałek krawata. Resztę ktoś zakleił czarną naklejką z jednym słowem: BETON. Kilka kroków dalej kolejny plakat miał ten sam znak, tylko krzywo przyklejony, jakby w nocy robiły to mokre dłonie ludzi, którym już nie zależało na estetyce, tylko na celnym słowie.

Przy Targowej minął biurowiec, na którego fasadzie wisiała żółta taśma inspekcyjna z numerem decyzji administracyjnej. Mokra od deszczu przyklejała się do kamienia i szkła. Dwóch urzędników w kapturach stało przy wejściu z teczkami pod pachą. Jeden fotografował pęknięcie przy nadprożu. Drugi rozmawiał przez telefon z miną człowieka, który od lat marzył, żeby wreszcie ktoś potraktował jego pieczątkę jak broń.

Miasto było teraz pełne takich znaków. Żółte taśmy. Czarny druk. Zamknięte wejścia. Otwarte pytania.

Przy kiosku dwóch mężczyzn kłóciło się o gazetę. Nie o cenę. O rzeczy ważniejsze i głupsze naraz.

— Fejk, mówię panu, zwykły fejk — syczał pierwszy, ściskając zrolowany dziennik pod pachą. — Przed wyborami zawsze coś wypuszczą.

Drugi, starszy, trzymał telefon przed jego nosem.

— To pan sobie zobacz. Tu są podpisy, numery kont, zdjęcia. To też panu ktoś w Paintcie zrobił?

— Wszystko można dziś zrobić.

— A mózg pan też sobie kiedyś zrobi?

Adam minął ich bez słowa. Nie dlatego, że nie miał opinii. Dlatego, że Warszawa właśnie przechodziła z etapu kłamstwa oficjalnego do etapu kłótni powszechnej. To był postęp, ale nie ten elegancki.

Szedł długo. Nie na skróty. W stronę rzeki, potem przez most. Potrzebował ruchu bardziej niż celu. Most Świętokrzyski wisiał nad brązową, wysoką Wisłą jak cienka kreska narysowana nad cudzym bałaganem. Po nocnych deszczach woda niosła gałęzie, śmieci i ten ciężki kolor, który wyglądał jak rozrobiona ziemia z czymś gorszym. Wiatr od rzeki wciskał deszcz pod kaptur. Warszawa po obu stronach była mleczna od wilgoci, rozmazana, ale nie miękka. Wciąż ostra tam, gdzie liczyło się najbardziej.

Patrzył na miasto i myślał, że przez kilka dni zdążyło zmienić skórę. Odsłonić żebra. Nic jeszcze się nie naprawiło. Nikt nie zmartwychwstał moralnie. Ale ludzie zaczęli widzieć niektóre ściany jako ściany, nie jako reklamę sukcesu. To już było więcej, niż Warszawa zwykle dawała za jedną noc skandalu.

Kiedy dotarł do szkoły podstawowej przy Jagiellońskiej, kolejka do lokalu wyborczego ciągnęła się pod daszek i dalej, w deszcz. Parasole stykały się bokami. Płaszcze ociekały wodą. Ludzie rozmawiali półgłosem, jak w poczekalni albo kościele. Demokracja po polsku zawsze miała w sobie coś z wizyty u lekarza: długo czekasz, w środku pachnie mokrym ubraniem i papierem, a na końcu i tak nie masz pewności, czy przepisali właściwe lekarstwo.

Stanął w kolejce. Przed nim kobieta po pięćdziesiątce z czerwonym parasolem mówiła do mężczyzny w roboczej kurtce:

— Nie wiem, na kogo już głosować, ale wiem, na kogo nie.

— To już coś — odparł tamten.

Za Adamem młoda para milczała nad jednym telefonem. Na ekranie przewijali jakiś artykuł, co chwila zatrzymując się przy zdjęciach budynków oznaczonych czerwonymi kropkami. Nikt się nie śmiał. Nikt nie robił z tego ulicznej rewolucji. To nie był ten rodzaj dnia. To był dzień, kiedy ludzie przyszli odhaczyć własną obecność, bo nagle zrozumieli, że brak obecności też ktoś im później sprzeda.

W środku szkoły pachniało mokrymi wycieraczkami, wykładziną PCV i kredą, chociaż pewnie od dawna używali już markerów. Korytarz był oświetlony za jasno. Na ścianach wisiały dziecięce prace plastyczne i regulaminy zachowania. Przy stoliku komisji siedzieli ludzie z twarzami szarymi od długich godzin i zbyt dużej uważności. Każdy wyglądał, jakby tej nocy czytał wiadomości dłużej, niż powinien.

Adam podał dowód. Dostał kartę. Długopis na sznurku.

Wszedł za zasłonę.

Było ciasno, cicho i dziwnie prywatnie. Kawałek kartonu, plastikowy stolik, lista nazwisk. Patrzył na nią krótko. Bez ceremonii. Bez złudzeń, że jeden krzyżyk unieważni ludzi, którzy przez trzydzieści lat wylewali fundamenty pod własne nazwiska. Nie szukał ideału. Szukał najuczciwszej odmowy wobec tego, co już znał.

Postawił krzyżyk.

Tyle. Bez patosu. Bez wstrząsu. Ruch ręki i czarna kreska na mokrym od napięcia papierze.

Wyszedł zza zasłony, podszedł do urny i wrzucił kartę do środka. Plastikowa szczelina przyjęła ją bez dźwięku godnego chwili. Tak bywało z najważniejszymi decyzjami. Nikt nie dokładał im muzyki.

Na zewnątrz stanął przy słupku ogłoszeniowym pod daszkiem i przez moment tylko patrzył na deszcz tnący chodnik. Potem wyjął paczkę, jednego papierosa i zapalniczkę. Pierwszy od trzech dni. Dłoń lekko mu drgnęła przy ogniu. Zaciągnął się głęboko.

Dym uderzył brutalnie. Gryzący. Brudny. Prawie obraźliwy dla płuc odzwyczajonych od nikotyny choćby przez chwilę. Właśnie dlatego był dobry. Prosty. Niczego nie udawał.

Wtedy zobaczył samochód.

Po drugiej stronie ulicy, trochę za przejściem, stał czarny SUV z przyciemnianymi szybami. Silnik pracował. Woda ściekała po masce i szybach równymi smugami. Za kierownicą siedziała Anna Czarnecka.

Nie ruszała się.

Patrzyła na niego przez przednią szybę z tym samym skupieniem, z jakim kiedyś czyściła wejścia, korytarze i ludzi z ich złudzeń. Krótka fryzura, twarz bez makijażu, linia szczęki jeszcze twardsza przez bezruch. Nie uniosła ręki. Nie dała znaku. Nie próbowała go zatrzymać.

Adam patrzył z powrotem.

Między nimi była ulica, deszcz i za dużo wspólnej historii, żeby marnować ją na kiwnięcie głową. Ona była po swojej stronie szyby. On po swojej. Oboje wiedzieli, że to nie jest przypadkowe spotkanie. Tak samo jak oboje wiedzieli, że dziś nie chodzi o rozmowę.

Zaciągnął się jeszcze raz. Wypuścił dym bokiem.

Potem odwrócił się i ruszył w stronę przystanku tramwajowego.

Nie przyspieszał. Nie oglądał się. Jeśli Anna chciała za nim jechać, nie potrzebowała pozwolenia. Jeśli tylko patrzyła, to też była informacja.

W połowie drogi telefon zawibrował mu w kieszeni.

Pod wiatą przystanku deszcz bębnił w plastikowy dach tym samym tępym rytmem, z jakim banki i politycy lubią udawać, że wszystko jest tylko procedurą. Adam wyjął telefon i od razu zobaczył, że tym razem miasto postanowiło zapłacić mu za uwagę.

Powiadomienie z aplikacji bankowej było krótkie. Bezczelne przez swoją zwyczajność.

WPŁYW NA KONTO: 480 000,00 PLN

NADAWCA: TRANSFER ZAGRANICZNY / REF: FUNDACJA VW-09

Patrzył na ekran przez kilka sekund bez ruchu.

Czterysta osiemdziesiąt tysięcy.

Kwota wystarczająca, żeby spłacić długi Jakuba, oddech kilku miesięcy, może roku, kupić milczenie przeciętnego urzędnika, prawnika, świadka, nawet paru sumień na raty. Kwota zbyt konkretna, żeby była pomyłką. Zbyt duża, żeby była żartem. Zbyt mała, żeby była prawdziwym odkupieniem.

Schował telefon.

Po dwóch sekundach wyjął go znowu, jak każdy człowiek, który liczy, że brud po ponownym spojrzeniu okaże się literówką.

Nie okazał się.

Ta sama suma. Ten sam referencyjny kod. FUNDACJA VW-09.

VW.

Wiktoria Wanecka.

Albo ktoś, kto bardzo chciał, żeby właśnie tak to przeczytał. Prawnik. Słup. Zagraniczna fundacja z dobrym papierem firmowym i jeszcze lepszą dyskrecją. Resztka planu awaryjnego. Łapówka po fakcie. Wynagrodzenie za niedokończoną zdradę. Cisza przelana przelewem.

Dziewiątka też nie wyglądała niewinnie. Piętro? Kod? Stary numer projektu? Numer jednego z kont? W tym mieście nawet cyfry rzadko przychodziły same.

Adam patrzył na kwotę i czuł, jak w brzuchu budzi się znajoma, paskudna matematyka. Co można za to spłacić. Co można za to oddalić. Ilu telefonów od windykatorów nie będzie. Ilu ludzi uzna, że skoro pieniądze już weszły, to sprawa też weszła do obiegu i coś z nią trzeba zrobić. Jak szybko prokurator potrafi zadać pytanie: dlaczego?

Wiktoria nawet teraz grała po swojemu. Jeśli to była ona. Nawet z aresztu domowego, przez fundacje, pełnomocników i te wszystkie białe rękawiczki od brudnych pieniędzy.

Albo ktoś chciał, żeby uwierzył, że nadal siedzi mu w głowie.

Tramwaj numer 26 wjechał na przystanek z piskiem hamulców i mokrym jękiem stali. Drzwi otworzyły się z westchnieniem zmęczonej maszyny. Adam schował telefon, wsiadł i usiadł przy oknie na podwójnym siedzeniu, gdzie materiał był jeszcze wilgotny po poprzednim pasażerze.

W środku pachniało mokrymi kurtkami, nagrzanym plastikiem i tym słabym prądem miasta, które od rana woziło ludzi do urn, pracy, plotki i własnych wersji prawdy. Kilka osób miało na kolanach złożone parasole. Jedna starsza kobieta ściskała gazetę tak mocno, że papier rozmiękł jej pod palcami. Dwóch chłopaków przy drzwiach szeptało nad telefonem, przewijając zdjęcia taśm inspekcyjnych przy jakimś budynku na Mokotowie.

Za szybą Warszawa jechała obok, mokra i poszarpana. Podarte plakaty Sawickiego łopotały na słupach jak źle zabezpieczone alibi. Czarne naklejki z napisem BETON siedziały na twarzach kandydatów, witrynach i przystankach. Przy jednym z lokali wyborczych kolejka zawijała się wokół budynku. Ludzie pod parasolami wyglądali z góry jak rząd ciemnych znaków interpunkcyjnych przy zdaniu, którego kraj jeszcze nie umiał dokończyć.

Minęli kolejny biurowiec z żółtą taśmą. Potem kamienicę, przy której ktoś kredą napisał na murze: SPRAWDZIĆ FUNDAMENTY. Dalej kiosk z gazetami, których pierwsze strony miały już tylko dwa tematy: wybory i pęknięcie pod nimi.

Adam oparł skroń o chłodną szybę.

Czterysta osiemdziesiąt tysięcy.

Pieniądze zawsze były najprostszym językiem w tym kraju. Mówiły szybciej niż sądy, czyściej niż politycy, szczerzej niż rodziny. Problem polegał na tym, że rzadko mówiły tylko jedną rzecz. Ten przelew mógł znaczyć: dziękuję. Mógł znaczyć: milcz. Mógł znaczyć: sprawdzam. Mógł znaczyć: ktoś właśnie wciąga cię formalnie do układu i zrobił to jednym kliknięciem, kiedy stałeś pod przystankiem jak idiota z telefonem.

Pomyślał o długach Jakuba. O wszystkich nocach, gdy łatał cudze decyzje własną gotówką, własną pracą, własnym cynizmem. Pomyślał o tym, jak łatwo byłoby teraz wmówić sobie, że to tylko zwrot kosztów. Premia za przeżycie. Odsetki od ryzyka. Śmieszna forma sprawiedliwości od kobiety, która zbudowała całe życie na tym, że wszystko i wszystkich można wycenić.

Właśnie dlatego pieniądze śmierdziały.

Telefon zawibrował znowu.

Numer nieznany.

Ekran świecił mu w dłoni zimnym prostokątem. Pierwszy sygnał. Drugi. Trzeci. Patrzył na niego przez cały ten czas, jakby samym wzrokiem dało się wydobyć z cyfr twarz. Nie odbierał.

Jeśli to był ktoś od Wiktorii, nie miał dla niego nic, czego Adam chciałby słuchać w tramwaju pełnym ludzi jadących głosować. Jeśli prokuratura, poczeka. Jeśli Anna, też poczeka. Jeśli ktoś inny, to tym bardziej.

Sygnał urwał się sam.

Na ekranie została tylko szara informacja o nieodebranym połączeniu. Mała. Niewinna. Jak większość rzeczy, które później otwierały większe problemy.

Tramwaj skręcił za róg. Między blokami, mokrymi balkonami i plątaniną przewodów na chwilę mignęła Wanecka Tower. Ciemna. Wysoka. Nadal stojąca, choć powinna już od dawna być wstydem, nie panoramą.

Potem zniknęła za ścianą bloków.

Adam patrzył jeszcze chwilę w miejsce, gdzie była, jakby samo zniknięcie mogło coś załatwić.

Nie mogło.

Schował telefon do kieszeni i siedział bez ruchu, podczas gdy Warszawa toczyła się dalej po mokrych szynach, z pieniędzmi na jego koncie, nieodebranym głosem w pamięci i wieżą, która tylko na moment zniknęła z pola widzenia.

-e